|
Dlaczego nie jesteśmy razem?
Jego ekscelencja ks. bp Zbigniew Kraszewski
powiedział na jednym z publicznych zebrań: „Polacy muszą być razem
albo ich wcale nie będzie”. Tymczasem ugrupowania polityczne, które
można uznać za patriotyczne są ciągle wzajemnie skonfliktowane, a w
okresach przedwyborczych permanentnie podlegały prowokacjom. Jest rzeczą
oczywistą, iż stanowią one zagrożenie dla programu kolonizacji Polski
jako państwa i spychania na margines Polaków jako narodu. Zagrożenie to
ogranicza się jednak tylko do sfery ducha: tradycji, historii, kultury.
Tych składników, które określają łacińską cywilizację prawdy. Na razie
bowiem obóz patriotyczny, dzięki jego rozbiciu, nie stanowi dla jego
przeciwników politycznego zagrożenia. Działa on bowiem jakby pociągany
za sznurki, przez niewidzialne, ale bardzo zręczne dłonie animatorów.
Kiedyś Józef Piłsudski powiedział: ”Sztuka rządzenia Polakami polega na
stałym podsycaniu pożądanych emocji”. I przeciwnicy Polski doskonale
nauczyli się grać na naszych emocjach.. Gdzie nasza słabość? Pierwszy
podział uporczywie i bezmyślnie podtrzymywany to: „lewica” i „prawica”.
Historycznie oznacza on, iż „lewica” stoi po stronie słabszych -
pracobiorców, „prawica” - pracodawców. I nic tu nie pomoże
chciejstwo, podpowiadające, że prawica to prawość, tradycja, wartości. W
głodnym kraju lewica, kokietująca troską o ludzi pracy, będzie
zwyciężała, zwłaszcza że w Polsce tradycje lewicy PPS-owskiej wiązały
się z walką o niepodległość. Dramatem jest dziś brak takiej lewicy.
Istniejąca jest przez swych liderów wyraźnie kierunkowana na
kosmopolityzm, w którym proletariacki internacjonalizm zamieniono na
„kapitaliści wszystkich krajów łączcie się”. I tego nie dostrzegają
doprowadzone do nędzy, bezrobocia i zagrożone utratą pracy miliony
Polaków.
Jak długo 38 milionów Polaków (tak, już nie 40 milionów, bo od dwóch lat
naród polski biologicznie umiera) da się paru tysiącom przeciwników siły
i bogactwa narodu wodzić za nos? Ano, moim zdaniem, tak długo, aż
nie zadamy sobie pytania - czym jest dzisiaj nasz naród?
Kim był w I wojnie światowej, w dźwiganiu podzielonej i zrujnowanej,
wspinającej się ku niepodległości Ojczyzny - wiemy. Kim był w
bezprzykładnej walce o Europę z bolszewickimi hordami wiedzionymi przez
Trockiego w 1920 roku - wiemy. Jak bronił ludzkość przed hitleryzmem i
sowietyzmem. Jak sam skazany na śmierć bronił skazanych na śmierć Żydów.
Kim był, gdy dźwigał z ruin Warszawę. Gdy swymi sprawnymi rękami,
gorącymi sercami i światłym umysłem pokrył kraj bogactwem przemysłu,
które od 1989 r. systematycznie rozkradane, jeszcze ciągle istnieje i
stanowi łakomy kąsek dla międzynarodowych aferzystów, węszących w nim
doskonały „postkomunistyczny” łup.
Kim jest dzisiaj naród, który wychowany w katolickiej prawości i wierze
w bliźniego, jako odbicie Boga, nie może uwierzyć w ogrom złej woli i
stosowanej przeciw jego istnieniu perfidii? Śpi, oszołomiony usuwaną mu
spod nóg ziemią, historią i wiarą. Czy przebudzi się z letargu? Jest
najlepszy wtedy, gdy trzeba odbijać się od dna. Kiedy więc poczuje dno?
Gdy mu odbiorą renty i emerytury? Także te przedwczesne, dla 40-latków,
bezproduktywnych w kraju bez produkcji? Dlaczego w chwili krachu ani
„lewica”, ani „prawica” nie przywołuje jego autora, Balcerowicza?
Chcemy czy nie chcemy, żyjące starsze i średnie pokolenia ukształtowały
losy w PRL. Także „Solidarność” była ukształtowana przez Polskę Ludową
jako jej opozycja. PRL nie była krajem wymarzonym przez nikogo z
Polaków. Ale po zdradzie przez aliantów była jedynym możliwym ich bytem
państwowym. Był to byt ograniczonej suwerenności, podległy -
podkreślam - z woli Churchilla i Roosevelta, Stalinowi. Jasną więc
rzeczą jest, że Stalin, chcąc zapewnić sobie wpływy, obstawił Polskę
swoimi zaufanymi ludźmi, zarówno własnego sowieckiego chowu, jak i
krajowych komunistów. Zwłaszcza, że ciągle pozostawał w Londynie
konstytucyjny rząd emigracyjny, a na terenie kraju podległe mu siły
podziemia. Naród był w większości nie pogodzony z narzuconą mu sytuacją
i nie uznawał nowej władzy. Myślę, że w tej sytuacji wyjściowej kryje
się źródło dzisiejszych politycznych i ideologicznych podziałów.
Na kształt losów państwa, zwanego Polską Ludową, wpłynęły Trzy formacje.
- Przedwojenni komuniści z Komunistycznej Partii Polski. Jej
kierownictwo, w ogromnym procencie żydowskiego pochodzenia, wywodziło
się z partii bolszewickich: rosyjskiej, ukraińskiej i białoruskiej i do
końca istnienia PZPR zachowało podwójną przynależność partyjną. -
Większość narodu nigdy nie uznała PRL za polskie państwo. Stała ona na
stanowisku legalności rządów emigracyjnych i nadzieje swe wiązała z
wolnością, która miała przyjść z Zachodu. Zachód zaś prowadził cyniczną
grę, z jednej strony podtrzymując przez swe radiostacje swój obraz
przyszłego wyzwoliciela Polski, z drugiej strony godząc się na coraz
większe uzależnienie Polski od Stalina, z którym zawiązywał coraz
ściślejsze stosunki. W tej sytuacji Polska, wraz ze swymi podziałami,
dramatem i rozdarciem, pozostawała w rzeczywistości coraz bardziej
osamotniona.
Formacja niepodległościowa krwawiła w latach 40., podtrzymywana
nieuczciwie z Zachodu w wierze w rychły wybuch III wojny światowej i
była dobijana w okresie stalinizmu. Wzięła spontanicznie udział w
tworzeniu „Solidarności” i została całkowicie wyeliminowana przez
„okrągły stół”. Żydokomuna zagrożona po śmierci Stalina rozliczeniem za
swe zbrodnie, podzieliła się. Część jej pozostała w aparacie władzy i
zaczęła gwałtownie udawać liberałów. Druga część przeszła do opozycji.
To ona w 1968 roku wywołała w Polsce zamach na - ich zdaniem - zbyt mało
internacjonalistycznego Gomułkę. Przedstawiając swój pucz jako zryw
wolnościowy, stworzyła KOR i na plecach narodowej i katolickiej
„Solidarności” opanowała władzę w Polsce, dzieląc się nią z masońskimi
liberałami ukrytymi w „Solidarności”. - Środki masowego przekazu,
opanowane przez internacjonałów, narzucają nam obraz obozu
propeerlowskiego jako jednolity, najwyżej szarpany walką frakcyjną.
Godząc się na narzucaną przez środki przekazu wizję jednolitej „komuny”,
należałoby wyciągnąć logiczny wniosek: po zwycięstwie berlińskim,
pojałtański, państwowy byt Polaków nie powinien zaistnieć, Ziemie
Odzyskane winny pozostać w ramach NRD, a naród polski winien spokojnie
czekać jako republika radziecka do lat 80., aż samorozwiąże się ZSRR i
Wałęsa, Michnik, Geremek i Kuroń ogłoszą Polakom bezpaństwową wolność.
Poważniej - internacjonałowie za jedynego poważnego wroga i za prawdziwe
zagrożenie zawsze uważali „nacjonalistów” ze swego obozu. To oni
stanowili zagrożenie i możliwość przejęcia władzy w warunkach zmian
międzynarodowych. Dlatego w latach 1945-1956 zastosowali wobec nich
represje, ogłaszając „odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne”. Pretekstem
była próba tworzenia szerokiego frontu społecznego i przyjmowanie na
wysokie stanowiska w rządzie i w wojsku ludzi II Rzeczpospolitej, m.in.:
Eugeniusza Kwiatkowskiego, gen. Stanisława Tatara, gen. Jerzego
Kirchmajera, płk. Stanisława Mossora, płk. Franciszka Skibińskiego, płk.
Stanisława Skalskiego i innych. Symbolem sytuacji Polski było uwięzienie
niemal jednocześnie: kardynała Stefana Wyszyńskiego i Władysława
Gomułki. Żydokomuna przygotowywała gigantyczne procesy Gomułki i
Spychalskiego, które udaremniła śmierć Stalina. Byłyby to procesy nie
przeciw osobom, ale przeciw Polsce i polskości. Jak ostatnio - 10 lipca
2001 r. w Jedwabnem. Zagrożeni rozliczeniem za swe zbrodnie, wypuścili z
więzienia Gomułkę, jak niegdyś wypuszczono innego przywódcę z
Magdeburga. I instynkt narodu właściwie odczytał swą szansę. Gomułkę
wsparło 200 tys. warszawiaków na Placu Defilad i dziesiątki tysięcy
wstępujących do partii po to, by go wspomóc w rozprawie ze stalinowcami.
By polonizować PRL. Po raz pierwszy nie byli to doktrynalni komuniści
ani oportuniści. Tylko zwyczajni Polacy, pragnący urządzać Polskę po
polsku. Nic to, iż Gomułka był silnie trzymany na smyczy przez
Staszewskiego, Zambrowskiego, Morawskiego, Starewicza i innych
internacjonałów. Zerwał się z tej smyczy w 1968 roku i znowu napłynęła
fala Polaków do PZPR. Widzieli oni słusznie w rozprawie Gomułki ze
stalinowcami pierwszą, prawdziwą dekomunizację.
Dziel i rządź Wraz z nowym porozumieniem między mocarstwami,
internacjonałowie zwietrzyli szansę na nowy internacjonalizm, przy
Brzezińskim i Jeziorańskim. Starzy trockiści zaczęli się skrzykiwać, bo
w likwidacji ZSRR i „demoludów” dostrzegli szansę na powrót do władzy
nad ziemią niczyją, czyli Polską. I szansę jej likwidacji jako państwa.
I likwidacji polskości. I powrotu do biologicznego wyniszczania narodu.
Przez nędzę, bezrobocie, bezdomność, propagandę aborcji i eutanazji.
Tylko już nie pod sierpem i młotem, ale wielogwiaździstym sztandarem. Co
za różnica: jedna gwiazda wiele? I udało im się, zrodzoną za ich rządów,
za czasów cel śmierci, tortur, sądów kapturowych i cichych egzekucji,
nienawiść skierować przeciw tym, którzy znaleźli się w partii, by
polonizować niedoszłą XVII republikę. I stali się beneficjentami
przemian, dokonanych pod hasłami katolicko-narodowymi. Dziś Michnik
potrafi butnie powiedzieć, że nowej demokracji zagrażało narodowe,
katolickie państwo Polaków. Wtedy trud życia jego, rodziny i bliskich mu
ideowo trockistów poszedłby na marne. I może pójść na marne, jeśli
zdobędziemy się na heroizm odrzucenia złudzeń, którymi się karmimy i
dostrzeżemy dramat rzeczywistości. Ich klęskę zapowiada pojawienie się
Ligi Polskich Rodzin i Samoobrony. Ich lęk zdradzają prowokacje,
usiłujące udaremnić mój start w wyborach. Prowokacje, usiłujące
doprowadzić do rozłamu w Stronnictwie Narodowym. A kto jest głównym
przegranym? Ci, którzy walczyli z prawdziwą, antynarodową,
kominternowską komuną! Partyzanci AK, WiN-u, NSZ. Więźniowie pawilonów
na Rakowieckiej i innych katowni. Najgorętsi orędownicy „Solidarności” i
przemian postsolidarnościowych. Wierni Bogu, Honorowi i Ojczyźnie. W
szczery, ale i naiwny sposób wierzą, że przedłużają swą walkę o Polskę
zwalczając „komunę”. A uwolniona od tej etykiety dawna prawdziwa komuna
zaciera ręce! Polacy wzajemnie się niszczą! I to najlepsi i
najgroźniejsi. I trockistowski guru może w Australii porównywać Polaków
do bezmyślnych baranów. Bo są z cywilizacji, w której kocha się i wierzy
w człowieka. W której słowo służy do głoszenia prawdy, prawo - prawo
znaczy, a sprawiedliwość - sprawiedliwość. I miotają się od jednego
fałszywego proroka do drugiego złotoustego prowokatora. A Polska coraz
bardziej blaknie na mapie i oddaje Niemcom do pilnowania swoje granice.
A zaprawieni w bojach o Polskę tworzą dwa wrogie obozy, choć winna ich
łączyć miłość do ginącej Ojczyzny i świadomość jednego wspólnego
przeciwnika.
Bohdan
Poręba
____________________________________________________
|