Budżet MON a rozpasane szkodnictwo

Generał broni  Waldemar skrzypczak

Problem budżetu MON zawsze wywoływał fale dyskusji i wybudzał wiele emocji. I nie bez racji są ci, którzy mówią o nim jako za małym, jak na oczekiwania i potrzeby armii. Jednak z drugiej strony trzeba mieć zrozumienie dla potrzeb kształtującego się, nowego państwa, oczekiwań poszczególnych środowisk zawodowych, itd. Te, często sprzeczne interesy, trzeba umieć pogodzić.

Dlatego oczekiwanie racjonalności wydatków jest jak najbardziej uzasadnione. Ale jak widać od kilku lat, nie w odniesieniu do MON. Aby zrozumieć tę sytuację trzeba zderzyć dwa obszary. Jeden to rzeczywiste potrzeby i oczekiwania. Drugi, to możliwości i interesy grup zainteresowanych.

Chciałoby się, aby armia dysponowała nowym sprzętem i mogła się na nim wyszkolić. Chciałoby się, aby pełniący służbę czuli się dowartościowani. Przede wszystkim środkami na pełne ich wyszkolenie i indywidualne wyposażenie. Wydaje się, że to niewiele. I każdego laika wprawia w zdumienie niemożliwość spełnienia tych oczekiwań. To zdumienie jest dla mnie zrozumiałe. Jeżeli cywil, nie pacyfista, pyta mnie, dlaczego jeden żołnierz ma nowy hełm i oporządzenie, a drugi stalowy i parciane paso-szelki rodem z PRL, odpowiadam - nie wiem.

Lecz już pobieżna analiza budżetu MON i zadań przyjętych do realizacji do końca 2012 r. pozwalają postawić diagnozę „stanu zdrowia armii”. Można również, poprzez analizę wydatków na przestrzeni ostatnich trzech lat, zrozumieć jego przyczynę. Media o tym informowały. Nieplanowany zakup samolotów Bryza, przedpłaty na rakiety dla Nadbrzeżnego Dywizjonu Rakietowego itd. Prokuratura nie znalazła w tym nic niestosownego. Ok, to kwestia decyzji, jak sądzę, politycznych. Ale w starej, np. brytyjskiej demokracji - gdzie cywilna kontrola nad armią jest realna - byłoby to przestępstwem.

Takie przykłady można by mnożyć. Wystarczy porozmawiać i poczytać. Mnie zdumiewa fakt, że dzieje się to w majestacie prawa. I że ta bezkarność dała niektórym wiarę w to, że mogą wszystko. Nikt - NIK, Komisje Obrony Narodowej - nie są w stanie tego wyjaśnić?

Wiara w nietykalność pozwala realizować niektórym swoje, często dyktowane prywatą, cele kosztem tego, co wojsku się należy i zawsze kosztem podatnika. Jednym z wielu przykładów jest ustawiczne przenoszenie dowództw Rodzajów Sił Zbrojnych z jednego miejsca do drugiego. Często do takich miast, skąd pochodzą decydenci. Absolutnie ruch pod elektorat. Czy policzono już koszty(czytaj straty/szkody) tych manewrów? Liczone są w setki milionów złotych. I łatwo to udowodnić.

Oto pojawia się kolejny zamiar przeniesienia Dowództwa Wojsk Lądowych do Wrocławia. Wiemy, czyj to pomysł. Kiedy dowodziłem WL, nakazałem policzenie szacunkowych kosztów. W 2008 r. wyszło nam ok. 400 mln PLN. Były to koszty modernizacyjno-remontowe z całkowitą wymianą poniemieckiej jeszcze instalacji elektrycznej oraz z rozbudową sieci informatycznej, która we Wrocławiu była szczątkowa. Dodam, że w Warszawie przez kilka lat - za cenę kilkunastu milionów - realizowano modernizację podobnych sieci. Teraz mają to otrzymać do dyspozycji instytucje wojskowe np. kulturalne, którym sieci takie do niczego nie są potrzebne.

Generalnie więc, cały pomysł może kosztować MON ok. 600 mln. I jak zawsze będą w tym koszty „ukryte”.

Tymczasem „niemądrzy” Niemcy od 2007 r. dokonują konsolidacji wszystkich niemalże instytucji wojskowych do Berlina. Pytałem, dlaczego? Bo bliskość struktur potania koszty - brzmiała odpowiedź. Proste? Nie, nie dla naszych pseudo-ekonomistów. Podatnik i tak zapłaci.

Ciekawe jest uzasadnienie, dlaczego DWL miałoby zostać przeniesione do Wrocławia. Polecam tę lekturę, szczególnie wykładowcom z byłej Akademii Sztabu Generalnego i Akademii Obrony Narodowej. Pouczająca lektura. Ale to temat na inny tekst.

Wracam do wątku zasadniczego i wniosków. Budżet MON jest wystarczający. Natomiast struktura wydatków jest wadliwa.

Waldemar Skrzypczak