|
Był czas, gdy niektóre środowiska polityczne mocno krytykowały tzw” wojnę na górze”. Wcale się nie dziwię, bowiem trudno byłoby krytykować i jednocześnie toczyć bezpardonową wojnę na najwyższych szczytach władzy. Można jedynie dodać, że to, co jest obecnie udziałem PiS i PO już dawno przerosło swój pierwowzór. Powiedziałbym, że uczestniczący w tej wojnie poszli o tyle jeszcze dalej, że można odnieść wrażenie, że oni sami nie wiedzą, o co toczą się te zmagania. Powiedzieć, że jest to wojna o władzę, to jeszcze mało, aby uzyskać jakąkolwiek akceptację w społeczeństwie. Obserwatorów i przyszłych wyborców szczególnie irytuje ta gra słów. Jeżeli nawet na pierwszy rzut oka można uważać, że obydwie strony mówią to samo, to za moment ich przedstawiciele tłumaczą nam, o co chodziło w tych wypowiedziach, ponieważ bez tabeli kodowej zwykły obserwator w żaden sposób nie może zrozumieć tego bełkotu. W polityce jednak nic nie dzieje się przez przypadek. Głosujący wcale nie muszą rozumieć, co do nich mówią te wszystkie gadające głowy. Widzowie mają obowiązek uwielbiać swoich idoli, wpatrywać się w ich oblicze bez mrugnięcia okiem i na dany sygnał z miłością lub bez pójść i wrzucić swój głos do urny. Nawet nie ma wielkiego znaczenia, na kogo zagłosujemy. Jeżeli z pośród tych ponad stu nazwisk, jakie znajdą się na kilku kartkach wybierzemy to jedno, to i tak to nie ma żadnego znaczenia, ponieważ i tak zazwyczaj wybieramy między tymi dwoma partiami. My będziemy myśleć, że wybieramy, a oni dalej będą udawać, że robią to w naszym/ wyborców / interesie. Media wcześniej zadbają o to, abyśmy odnosili wrażenie, że oni między sobą się różnią, a przecież różnice między nimi dotyczą głównie ich wyglądu zewnętrznego. Konia z rzędem temu, kto wskaże najważniejsze różnice między PiS i PO w kluczowych sprawach dla Państwa i Narodu. Jeżeli popatrzymy na stosunek do toczących się z udziałem Polski wojen, na sprawę uczestnictwa w NATO i w UE, politykę zagraniczną i całokształtu spraw obronnych, podatków, edukacji, służby zdrowia i wiele innych, na tyle się to pokrywa, że nawet ministrowie i premierzy na przemian raz są w jednym, a następnym razem w innym ugrupowaniu. Nawet w temacie walki z korupcją w jednakowym stopniu pobłażliwie traktują przyłapanych na tym procederze. Różnice są tak mało istotne, że przedstawiciele tych dwóch ugrupowań korzystając obficie z dostępu do mediów, a szczególnie do telewizji, przy każdej okazji informują nas, kogo oni reprezentują w obawie, że tylko na podstawie ich wypowiedzi moglibyśmy nie wiedzieć, jakiej partii przedstawiciel, akurat udziela wywiadu w TV. Zarządzający mediami jednocześnie robią wszystko, aby nas przekonać, że to właśnie jedynie przedstawiciele PO i PiS mają coś wartościowego do powiedzenia. Czy w tej sytuacji inne mniejsze partie polityczne mają możliwość zabrania głosu? Teoretycznie tak, a praktycznie też, pod warunkiem, że wypowiedzi pokrywają się z myślami głównych rozgrywających. Przecież mamy wolność słowa w mediach, a media mają swoich szefów, którzy opracowali odpowiednie procedury i harmonogramy dostępu do mediów na podstawie procentowych podziałów w o ostatnich wyborach i koło się zamyka. Jeżeli dodamy do tego nakładanie się na ten schemat interesów prywatnych, zawodowych i niezliczonych sympatii prowadzących programy, to otrzymujemy pełnię słów „wolność słowa”. Ktoś może powiedzieć, że to jest niesprawiedliwe. Tak, ale co z tego. Takie zachowania wydają się być takie zwyczajne, oczywiste, że można powiedzieć, iż od dawna nie są nam obce. Na mrówki już wynaleziono skuteczne środki, a ten układ polityczny, nakazuje się nam cały czas obdarzać miłością i zaufaniem. Czy tego nie za dużo? Możemy oczywiście mówić, że są to działania w swoich partykularnych interesach, że bez skrupułów zaciemniana jest rzeczywistość, że korupcjogenne operacje dotyczą tylko opozycji, a prywatyzacja będzie jedynie służyć narodowi. Media zostały opanowane przez dwóch zwalczających się rywali. Prezydenta i premiera, którzy nawet nie usiłują nam powiedzieć, co i jak chcą robić, ale podkreślają, że chcą sprawować najwyższy urząd. Gdyby, chociaż odrobinę wzięli przykład zza oceanu, to ten spór mógłby być trochę weselszy. W tej całej wymianie ciosów jest jeden niepokojący sygnał. Żadna ze stron nie jest w stanie utrzymać się w swoim postępowaniu w granicach prawa, więc zaczyna szukać wsparcia i rozstrzygnięcia tej walki w zewnętrznym arbitrażu. Już wykładnia naszej konstytucji nie jest w stanie orzec racji jednej ze stron i zachodzi potrzeba sięgnięcia po Trybunał Konstytucyjny. Aby to tylko nie kończyło się międzynarodowym arbitrażem. Na szczęście jest coraz więcej głosów, aby poszukać trzeciej, polskiej siły politycznej. Trudno, bowiem dalej akceptować te fikcyjne podziały. Gdy PiS głośno mówiło o pozbawieniu uprawnień działkowiczów, Platforma w poszukiwaniu wsparcia oponowała przeciw tym niecnym zamiarom, a teraz po zdobyciu władzy z naruszeniem Konstytucji, niejako kuchennymi drzwiami znowelizowała ustawę uderzającą całą rzeszę działkowców. Temat do oddzielnego potraktowania. Michał Podobin
|