|
Spór kolegów emerytów z WBE, a raczej z państwem
polskim, zaczyna wylewać się poza granice naszego kraju. Dawno skończył
się etap, gdy kilku najodważniejszych emerytów postanowiło szukać
sprawiedliwości w naszej rzeczywistości. I to, co wydawało się proste i
jasne, a wskazujące na pomyłkę legislacyjną, stało się w rękach władzy
argumentem siły, wskazującym na jej nieomylność i wysoki stopień
sprawiedliwości naszego ustawodawcy. Jednym słowem władza pokazuje, kto
tu rządzi i z kim nie musi się liczyć, a komu może odpowiednio
przyłożyć. Nawet Trybunał Konstytucyjny, jakby na zapotrzebowanie władz
w swoich stanowiskach znalazł sposób na potwierdzenie zasadności
niesprawiedliwych ustaw. Mimo ogólnej akceptacji zasady praw nabytych,
które powszechnie utożsamiane są z państwem prawa, w stanowisku TK
dotyczącym waloryzacji emerytur wojskowych brak jest zdecydowanego
stanowiska. W typowy sposób „nie chcem, ale muszem” z wykorzystaniem
prawniczych wywodów temat został rozmydlony. Emeryci maja swoje racje,
ale i państwo też ma swoje racje i zwłaszcza, gdy w grę wchodzą wyższe
racje, to prawo można zawsze nagiąć do potrzeb rządzących. Trwa, więc
zmaganie tysięcy emerytów wojskowych ze swoim państwem, któremu
poświęcili całe swoje młode i dorosłe życie, by teraz domagać się prawdy
i sprawiedliwości. Tutaj przecież nie zawsze chodzi o pieniądze, których
brak u wielu kolegów emerytów powoduje narastające rozgoryczenie,
frustrację i żal do wszystkiego i wszystkich. Emeryci słusznie
podkreślają, że w naszym parlamencie poprzez polityczne gierki zostali
działaniem pewnej grupy posłów oszukani i w dalszym ciągu usiłuje się im
wmówić, że to wszystko było i jest zgodne z prawem. Nawet nikt nie
próbuje uzmysłowić sobie, że to wszystko jest jednostronną interpretacją
prawa, które władza zgodnie z historycznymi doświadczeniami z
poprzedniej epoki wmawia całemu społeczeństwu poprzez podległe sobie
instytucje i media. Coraz częściej stawiamy też sobie pytanie, czy jest możliwym, by osoby nie mające przygotowania i negatywnie nastawione do spraw obronności, mogły sprawować kierownicze funkcje w resorcie obrony. A najbardziej dociekliwi i zatroskani sąsiedzi w czasie wieczornych rozmów rodaków, prowokacyjnie dopytują wojskowych, w jakim celu oni kończyli szkoły wojskowe, skoro najważniejsze stanowiska w siłach zbrojnych zajmują zupełni amatorzy i dyletanci? Przy tym, sypią przykładami z rękawa z taką znajomością, że nie mamy żadnych argumentów na logiczna odpowiedź. Trudno bowiem znaleźć zasadną odpowiedź na temat pewnego wiceministra resortu obrony, który po rozłożeniu leżącej od dawna Wojskowej Agencji Mieszkaniowej przystąpił do uzdrawiania szkolnictwa wojskowego. Eksperyment nie powiódł się tylko, dlatego, że tamten rząd upadł i szanowny minister zginął w tłumie. Następcy w niczym nie różnią się od poprzedników, a jednocześnie wojskowi zajmujący w dalszym ciągu swoje odpowiedzialne funkcje w siłach zbrojnych w dalszym ciągu podpowiadają nowym szefom inne koncepcje ze wzmożona gorliwością. Dlatego też, nikogo nie może dziwić niezmiennie usłużny ton wojskowej prasy, w której, co prawda zmienił się naczelny, ale główny trzon redakcji szybko dostosował się do nowych wymagań. Nie wiem jednak, dlaczego organ prasowy żołnierzy rezerwy dostosował się do tej atmosfery i z takim namaszczeniem od roku czasu rozprawia tylko o sprawach organizacyjnych. Szczególnie godnym podkreślenia są podziękowania, jakimi obdarzono służbę zdrowia na konferencji Łodzi za szczególna opiekę nad emerytami. Brawo panie prezesie. Grunt, to ładnie wystąpić. Ładnie też zabrzmiało we wszystkich mediach
domaganie się byłego szefa resortu MON o przeprowadzenie w obszarze
obronności niezależnej zewnętrznej kontroli. Sam pomysł jest ze wszech
miar słuszny. Powinien być dokonywany cyklicznie, a ocenę stanu naszej
obronności nie powinniśmy czerpać z konferencji prasowych kolejnych
ministrów w czasie ich urzędowania, ale z nadzoru komisji
parlamentarnej, która zresztą posiada taki obowiązek, a z którego nikt
nigdy jeszcze się nie rozliczał. Również pan minister w okresie swojego
urzędowania nie podpowiadał sejmowi, aby ten przedstawił mu rzetelny
obraz jego dokonań. Jednak pomysłu nie należy zaniechać i ktoś powinien
rozpocząć takie procedury. Nie wiem, czy dowiemy się wszystkiego, ale
jedno jest pewne, rządzący zaprzestana zapewne podejmowanie coraz to
nowych nieodpowiedzialnych decyzji w zakresie obronności kraju. Trzeba
się spieszyć, bowiem jeżeli ten rząd obniży ustawowy wskaźnik nakładów
na obronność, to przez dziesięciolecia nasze siły zbrojne będą
egzystować w nędzy i będą z pewnością jedynie zdolne do akcji
policyjnych i osłony konwojów zaopatrzeniowych. Chociaż często
zastanawiam się, czy właśnie już dzisiaj nie jesteśmy na tym etapie.
Który bowiem dowódca brygady może zapewnić, że jemu podległa jednostka
jest w stanie wykonać zadanie bojowe zgodnie z jej przeznaczeniem? Kiedy
dowódca lotniczego związku taktycznego w szerokim zakresie we
współdziałaniu z innymi rodzajami sił zbrojnych uczestniczył w
odpowiednim ćwiczeniu? To jest, bowiem tak, jak byśmy oceniali, czy
jesteśmy w stanie wygrać na boisku w piłkę nożną z Brazylią. Mamy
przecież kilkadziesiąt tysięcy młodych ludzi uganiających się za piłką,
ale z wyborem tych 11 jakoś nam nie wychodzi. Zachodzi, zatem
konieczność szukania dyscypliny sportowej, w której moglibyśmy mieć
szansę. Widziałbym żużel. Tu z pewnością jeszcze dzisiaj jesteśmy lepsi.
Niestety w zakresie obronności kraju, nie możemy szukać zamienników.
Zdolności wspólnego działania naszych sił zbrojnych nie możemy zamieniać
na odporność na wybuchy przydrożnych min, czy też zwalczanie
pojedynczych terrorystów samobójców. Dzisiaj niestety można odnieść
takie wrażenie, że udział naszego zbieranego z całego kraju kontyngentu
w Afganistanie stanowi panaceum na wszystkie potrzeby wojska. Jeżeli
dzisiaj słyszę opinię ministra, że udział naszych żołnierzy na
ekspedycji w dalekiej Azji jest najlepszym doświadczeniem szkoleniowym,
to mogę zrozumieć, że mówi on językiem propagandzisty i dyletanta. Na
taki sposób rozumowania może sobie pozwolić też kilku dyżurnych
generałów w telewizji, dla których nie liczy się, co mówi, ale, jak
mówi. Natomiast jest jeszcze w armii wielu wojskowych, którzy doskonale
wiedzą, na czym polega wojna i jakich umiejętności i uzbrojenia
potrzebuje od armii. Ponadto zapewne starsi panowie rezerwiści,
piastujący odpowiedzialne stanowiska i mający odpowiednie doświadczenie
dowódcze i sztabowe doskonale zauważają różnicę między działaniami sił
zbrojnych, a akcjami policji. Stąd powitajmy te polityczne chęci, jako
zapowiedź realnych zamierzeń.
|