Bajka o doktorze

 

   Jak każda bajka, tak i ta, ma w sobie elementy prawdziwe, jak i ze względu na czas, który upłynął od jej powstania, bajkowe. Pamiętamy na pewno bajki z naszego dzieciństwa, opowiadane nam przez nasze Matki. Moje wspomnienia WAM-owskie też giną powoli w pomroce dziejów, a ja, absolwent kursu VIII „Ciemiorków”, należę do ginącego już gatunku „białych dinozaurów” wojskowej służby zdrowia.

   Ale każda bajka zawiera pewne elementy prawdziwe i uniwersalne. Także ta…

 

   Dawno, dawno temu, za siedmioma rzekami, wśród wielkiego lasu gdzieś na Pomorzu – był Pułk. W Pułku żołnierze, z poboru i zawodowi, były też ich rodziny. Była też pułkowa izba chorych, a w niej sanitariusze, pielęgniarka i lekarz dentysta. No i, oczywiście, był lekarz pułkowy. Był on absolwentem Wojskowej Akademii Medycznej w Łodzi – tak, była kiedyś taka uczelnia! Był żołnierzem zawodowym, przychodząc po stażu do Pułku był już porucznikiem. Szybszy awans był rekompensatą za długie, sześcioletnie studia. Miał przed sobą

co najmniej dwanaście lat służby zawodowej, gdyż zobowiązał się do odsłużenia dwóch lat za każdy rok studiów na WAM-ie. Gdy odsłużył jeszcze trzy lata, nabywał prawa do częściowej emerytury wojskowej. Jego pierwsza pensja była dwa razy wyższa niż pensja lekarza cywilnego i dawała poczucie stabilności finansowej.

Często początkowo mieszkał w izbie chorych, potem w internacie garnizonowym, a potem dostawał mieszkanie w wojskowym osiedlu. Gdy trafił na rozsądnego dowódcę, po pewnym czasie zaczynał rozglądać się za możliwością podwyższania swoich kwalifikacji, czyli

w najbliższym szpitalu starał się o rozpoczęcie specjalizacji. Bardzo często był mile widziany jako dodatkowa, darmowa, para rąk na każdym oddziale, gdyż był chętny do pracy i miał pensję wojskową. Powoli wchodził w miejscowe środowisko cywilne, cieszył się coraz większym szacunkiem kolegów – lekarzy oraz pacjentów. W tamtych czasach nikt jeszcze nie wymyślił POZ. – tę rolę dla środowiska wojskowego pełnił on. Znał swoich pacjentów, znał ich rodziny, często na nich narzekał, ale opiekował się nimi przez całą dobę. Gdy wymagali leczenia specjalistycznego, do dyspozycji był miejscowy szpital powiatowy, w którym „ich” doktor wojskowy był znany i szanowany.

   Gdy Pułk wyjeżdżał na poligon, jechał ze swoimi żołnierzami, mieszkał wraz z nimi w namiocie. Był z nimi na ćwiczeniach, był z nimi na strzelnicy. Nie potrzebował pomocy lekarzy ukraińskich. W razie potrzeby był do dyspozycji w okolicy batalion medyczny, a o szczebel wyżej – szpital wojskowy, w którym ani żołnierz ani jego rodzina nie byli traktowani jak intruzi. Gdy doktor wojskowy odbył wszystkie staże potrzebne do specjalizacji, jechał na trzymiesięczny kurs do Warszawy na Szaserów i po zdanym egzaminie wracał do Pułku jako specjalista. Był już lekarzem bardziej użytecznym - swojemu Pułkowi, swojemu dowódcy, swoim wojskowym i cywilnym pacjentom.

Jeśli „ego” doktora przestawało mieścić się w strukturze Pułku, podejmował starania przeniesienia się do szpitala wojskowego. Na ogół nie było to przedsięwzięciem prostym, ale zawsze można było liczyć na pomyślny efekt końcowy, często wymagało to kilku lat starań. Ale Wojskowa Akademia Medyczna w mieście Łodzi wypuszczała corocznie nowe roczniki lekarzy wojskowych, a więc można było liczyć na „zmiennika” i następcę w Pułku.

   W szpitalu wojskowym nasz doktor zdobywał kolejne stopnie specjalizacji, na naramiennikach przybywało gwiazdek. Pensja nadal była konkurencyjna wobec kolegów cywilnych a wypłacało ją jeszcze

 w tych czasach Ministerstwo Obrony Narodowej. Doktor pracował, ale i „służył” i, gdy przychodził rozkaz wyjazdu, zadowolony czy nie, wyjeżdżał. Miewał okresy, że klął wojsko „w żywy kamień”, gotów rzucić to wszystko w diabły. Ale – pracował w przyzwoitym, cieszącym się renomą, wojskowym szpitalu, miał przyzwoitą pensję, każdy rok służby dodawał mu procenty do emerytury, był ustabilizowany zawodowo, finansowo, a często i rodzinnie, w wojsku obowiązywały pewne ustalone zasady, które nakreślały dość dokładnie przebieg służby. Jeśli nie był urodzonym rewolucjonistą, był w dobrym miejscu. Nie zajmował się polityką, najwyżej kadrową!

   Gdy zawiał wiatr historii, dosięgnął i jego. Spodziewana redukcja sił zbrojnych nie dawała wyboru, on i jego koledzy otrzymali propozycje nie do odrzucenia. A nie wszyscy mieli wysłużone podstawowe piętnaście lat! Nagle stali się niepotrzebni, nagle stali się „hamulcowymi” reformy! Przez sentyment do wojska został pracownikiem cywilnym w „swoim” szpitalu. Pensje jego kolegów pozostających w służbie w szybkim tempie traciły na atrakcyjności. Pojawiły się Kasy Chorych, w tym Branżowa, dająca jeszcze pozory niezależności. Potem nadszedł Fundusz, powoli i systematycznie likwidując kolejne odrębności wojskowej służby zdrowia. Dość szybko po likwidacji Wojskowej Akademii Medycznej okazało się, że lekarze po akademiach cywilnych nie pchają się do wojska ani drzwiami, ani oknami, natomiast wojskowi tą samą drogą, przez nikogo nie niepokojeni, odchodzą ze służby. W cywilu są dobrze notowani

i dobrze opłacani, powoli zapominając o swoich wojskowych korzeniach. 

   Będąc przed kilku laty na Pomorzu postanowił odwiedzić miasteczko

w którym stacjonował jego Pułk. Z daleka widział stare, cesarskie jeszcze, koszary z czerwonej cegły. Nagle był młodszy o trzydzieści pięć lat. Zbliżał się do bramy koszar, którą przed laty nawet

z przepustką trudno było pokonać. Teraz ziała otworem obok opuszczonej dyżurki oficera dyżurnego. Powoli wjechał na teren Pułku. Zadbany niegdyś trawnik pokryty był wysokimi chaszczami, w których jakaś ciężarówka pozostawiła głęboki ślad. Koszary stały opuszczone, puste i smutne. Skierował samochód przez dawny trawnik, w stronę widniejącej w oddali opuszczonej izby chorych, straszącej powybijanymi szybami. Zrobiło mu się smutno, zostawił tu kilka lat swojej młodości. Drzwi izby chorych pozabijane były gwoździami. Zatrzymał się, zamyślił. Jego młodość dawno odeszła.

   Przez ogromną dziurę wybitą w ceglanym murze wyjechał na ulicę prowadzącą w kierunku morza, lecz do końca nie był pewien dokąd ona tak naprawdę prowadzi.

                                                                     Sonaty, 9 maja 2010

 

Włodzimierz Kuźma, lekarz, płk w st. spoczynku,

Kurs VIII „Ciemiorków”