Rudolf Kondycki
Jest o wiele gorzej niż było
W
epoce sprzed 1989 roku, ze strony przeciwników ówczesnego ustroju
politycznego słyszało się gromkie okrzyki, że władza zwana wówczas
ludową ma obywateli za nic, że traktuje ich jak przedmioty, a nie
podmioty, że
w Polsce konieczne są takie zmiany ustrojowe, które sprawią, że władza
wreszcie zacznie obywateli traktować jak ludzi, którzy mają jakieś
konstytucyjne prawa. Dla zwykłych ludzi oznaczało to, iż Polacy mają
naturalne prawo do takiej władzy, która ma obowiązek wsłuchiwania się w
ich postulaty, skargi, zażalenia
i wnioski, ma obowiązek traktować ich jak ludzi, którzy mają swoje
prawa, których władzy na żadnym szczeblu nie wolno deptać lub
obchodzić.. Większość Polaków była wówczas za takimi zmianami i w 1989
roku do tych zmian wreszcie doszło.
Problem w tym, że po 20 latach od wprowadzenia w Polsce tych zmian
ustrojowych, odnosi się wrażenie, że
w zakresie rozpatrywania przez organa władzy, a już
w szczególności tej najwyższej, nie wiele pod tym względem się zmieniło.
Organa te postulaty, wnioski
i skargi obywateli, nadal lekceważą i to jeszcze bardziej niż miało to
miejsce przed 1989 rokiem. W dalszej części niniejszego opracowania, na
podstawie konkretnych dokumentów
i zachowań, udowodnię jak organa tej obecnej władzy, lekceważyły moje
skargi i wnioski kierowane do tych organów, a przy tym rażąco łamały
przepisy prawa regulujące tryb ich rozpatrywania
Na
podstawie rozporządzenia Ministra Obrony Narodowej z dnia 23 lutego
2004 r.
w sprawie trybu postępowania i właściwości organów
w sprawach zaopatrzenia emerytalnego żołnierzy zawodowych oraz
uprawnionych członków ich rodzin (podpisane przez ówczesnego ministra
tego resortu – Jerzego Szmajdzińskiego), w ciągu dwóch lat od wejścia w
życie tego rozporządzenia, należało wszystkim emerytom
i rencistom wojskowym wymienić dotychczasowe legitymacje na nowe. Dane
jakie miały być zamieszczone na nowych legitymacjach określał § 26 ust.
3 powołanego rozporządzenia. Zaś wzór nowej legitymacji określał
załącznik nr 2. Problem w tym, że wszystkie zamówione
i wydrukowane blankiety tych nowych legitymacji nie odpowiadały wymogom
tego rozporządzenia, gdyż nie zamieszczono na nich tak ważnych danych
jak miejsce
i data ich wydania. Nie wiadomo ile tych bubli ogółem wyprodukowano
oraz ile to podatników kosztowało. Wiadomo natomiast (z pisma Dyrektora
Departamentu Spraw Socjalnych płk Sławomira Filipczaka z dnia 01.07.2009
r. nr 2134/DSS ), że wydano ich ponad 155 tysięcy i nadal wydaje się
tym żołnierzom zawodowym, którzy bieżąco przechodzą na emeryturę lub
rentę.
Jest jeszcze i druga strona tego medalu. Okazało się, iż w toku
przygotowywania tego rozporządzenia, ktoś
w Departamencie Spraw Socjalnych, wpadł na kuriozalny pomysł, aby
rozporządzeniem tym obarczyć wszystkich emerytów i rencistów obowiązkiem
dotarcia do siedzib WBE, w celu pokwitowania odbioru tego bubla..
Obowiązek ten znalazł swoje odzwierciedlenie w § 27 ust. 1 powołanego
rozporządzenia, którego treść brzmi:
„ Legitymacje odbiera się osobiście po przedstawieniu dokumentu
potwierdzającego tożsamość”. Stosownie do ust. 2 tego
paragrafu, legitymacja mogła być również wydana osobie upoważnionej
przez osobę uprawnioną. Jednak tak, czy inaczej musiał ktoś z rodziny
emeryta pojechać do WBE w celu jej odbioru. Osoba udająca się po odbiór
nowej legitymacji była (stosownym pismem WBE) zobowiązana do
dostarczenia dwóch specjalnych zdjęć świadczeniobiorcy.
Ówczesny Główny Cywilny
Kontroler nad Armią tego rażącego błędu jednak nie dostrzegł
i rozporządzenie to podpisał. To kretyńskie rozporządzenie, za jego
sprawą naraziło wszystkich emerytów i rencistów wojskowych na
niepotrzebne wydatki. Mnie wykonanie tych zdjęć kosztowało 20 złotych,
dojazd autobusem z Jeleniej Góry do Wrocławia (w obie strony) 40
złotych. Z uwagi na to, iż nie wiedziałem gdzie dokładnie we Wrocławiu
WBE mieści się, dotarcie z dworca autobusowego do jego siedziby
środkami komunikacji miejskiej sprawiałoby mi kłopoty, więc byłem
zmuszony do dwukrotnego wynajęcia taksówki, co kosztowało mnie kolejnych
30 zł. Musiałem też skonsumować tam jeden ciepły posiłek, który
z przykontrowaniem go jednym kuflem wrocławskiego piwa, kosztował
dalszych 20 złotych. Ogółem moja eskapada do WBE we Wrocławiu po odbiór
nieważnej legitymacji, kosztowała mnie 110 złotych. Zaś emerytów
mieszkających w Bogatyni, Zgorzelcu lub w Bolesławcu, koszty te
podwajały się. Gdyby założyć, że każdy emeryt z tego tytułu został
narażony na wydatek wynoszący średnio tylko 50 złotych, to ta „operacja”
naraziła ich na niepotrzebne wydatki wynoszące w skali kraju ogółem
ponad 7 milionów 750 tysięcy złotych. Tak emerytów i rencistów urządzono
tylko tym jednym rozporządzeniem MON. Aż strach pomyśleć o tym, co te
światłe umysły w MON-ie mogą tam jeszcze wymyślić.
Na
podkreślenie zasługuje fakt, że w tym samym okresie wymieniono również
legitymacje emerytom
i rencistom otrzymującym świadczenia emerytalne z ZUS. Te ich nowe
legitymacje w pełni odpowiadały wymogom określonym w rozporządzeniu
Ministra Polityki Społecznej
z dnia 12 sierpnia 2004 r. w sprawie wzoru legitymacji emeryta-rencisty
oraz trybu jej wydawania lub zwrotu
i zostały dostarczone do miejsc ich zamieszkania za pośrednictwem
poczty. Skoro tak, to Wojskowe Biura Emerytalne też mogły tak postąpić,
ale pułkownicy w MON-ie i WBE o tym nie pomyśleli. Oni już 6 lat wydają
ludziom te buble
i udają, że tych rażących błędów z tym związanych jeszcze nawet nie
zaważyli.
To, co z tymi legitymacjami wyprawiano i nadal wyprawia, jest wielką
aferą, w którą bezspornie zamieszany jest ówczesny Minister Obrony
Narodowej, Dyrektor Departamentu Spraw Socjalnych, wszyscy dyrektorzy
Wojskowych Biur Emerytalnych, a także kolejni ministrowie tego resortu,
którzy tę aferę przez kilka lat ukrywali. Podejrzane jest również to, że
przez 4 lata jakie upłynęły od zakończenia wymiany tych legitymacji, nie
wykryła tej afery żadna kontrola w tym nawet ta cywilna nad armią. Ma
to znamiona kolejnej afery, gdyż świadczy o tym, iż te kontrole są psa
warte.
Gdy wieść o tych rażących nieprawidłowościach do mnie dotarła, uznałem,
że po aferze związanej z waloryzacją rent i emerytur wojskowych, jest to
kolejna wielka afera
w MON-ie, która przed opinią publiczną przez kilka lat, przez kolejnych
ministrów tego resortu była i jest ukrywana. To zbulwersowało mnie do
tego stopnia, iż pismem z dnia 25 maja 2009 r. poinformowałem o tym
Prezesa Rady Ministrów Pana Donalda Tuska. Pod adresem na tej informacji
zamieściłem dopisek: „do rąk własnych”. Zależało mi na tym, aby
Pan Premier o tej aferze się dowiedział, gdyż byłem pewien, iż sprawi,
że zbada ją Prokuratura Wojskowa. Czy Pan Premier tę informację
przeczytał lub w jakiś sposób był
o niej poinformowany i czy jakoś na nią zareagował tego nie wiem. Wiem
natomiast, że Departament Skarg, Wniosków
i Obsługi Rady ds. Uchodźców Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, pismem z
dnia 29 maja 2009 r. nr DSWRU-573-6934-(02)/09/JI, przesłał tę moją
informację do Ministra Obrony Narodowej-Sekretariatu Ministra z prośbą o
rozpatrzenie sprawy i udzielenie stosownych wyjaśnień zainteresowanemu z
kopią dla tego Departamentu.
Czy Minister Obrony
Narodowej Pan Bogdan Klich z tą informacją był zapoznany, tego nie wiem,
ale wiem, że nie trafiła ona do Prokuratury Wojskowej, ani Żandarmerii,
lecz do rąk Dyrektora Departamentu Spraw Socjalnych MON, czyli do źródła
jej powstania i ukrywania. To sprawiło, że winny spowodowania afery,
stał się sędzią we własnej sprawie.
O
tym, iż aż tak żle się dzieje w zakresie trybu rozpatrywania tego
rodzaju informacji od obywateli, dowiedziałem się, gdy na tę konkretną
skargę na Ministra Obrony Narodowej, odpowiedział mi podwładny tego
ministra-Dyrektor Departamentu Spraw Socjalnych
płk Sławomir Filipczak. Ręce mi opadły, gdyż zrozumiałem, iż zarówno
Prezes Rady Ministrów, jak Minister Obrony Narodowej, tę moją skargę
kompletnie olali. Takie podejście do rozpatrywania skarg i wniosków
obywateli, jest rażąco sprzeczne z Kodeksem postępowania
administracyjnego i rozporządzeniem Rady Ministrów z dnia 8 stycznia
2002 roku w sprawie organizacji przyjmowania
i rozpatrywania skarg i wniosków (Dz. U. z 2002 r., nr 5, poz. 46). Mam
78 lat i stwierdzam, że z takim łamaniem przepisów dotyczących tego
zakresu, nie spotkałem się nawet w PRL u.
To
skandaliczne złamanie tego trybu sprawiło, że Dyrektor Departamentu
Spraw Socjalnych płk Sławomir Filipczak, występując w roli sędziego
sądzącego własną sprawę, miał możliwość takiego zamataczenia sprawy,
aby winnym spowodowania afery w tym jemu samemu nawet przysłowiowy włos
z głowy nie spadł i tę możliwość w pełni wykorzystał.
Dowodem wykorzystania tych możliwości, jest jego pismo z dnia 1 lipca
2009 r.
nr 2134/DSS, skierowane do Departamentu Skarg, Wniosków i Obsługi Rady
Do Spraw Uchodźców – Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, do Biura Skarg
i Wniosków Ministerstwa Obrony Narodowej oraz do mnie, będące
odpowiedzią na tę moją skargę, w którym miał czelność napisać:
„Wydana Panu przez Wojskowe Biuro Emerytalne we
Wrocławiu legitymacja emeryta-rencisty wojskowego jest zgodna ze wzorem
określonym w załączniku nr 2 rozporządzenia. Jednak, jak Pan słusznie
zauważył w tym wzorze nie ma adnotacji dotyczącej daty wydania
legitymacji. Nie mniej jednak, mimo braku przedmiotowego zapisu wydana
Panu przez wojskowy organ emerytalny legitymacja jest ważna. Pragnę
zauważyć, że o ważności legitymacji nie decyduje data jej wydania, ale
data jej ważności. W Pana przypadku legitymacja ważna jest bezterminowo.
Tym samym uregulowanie przedmiotowej kwestii nie wymaga jak Pan wnosi w
swoim wystąpieniu wymiany ponad 155 tysięcy legitymacji emeryta
–rencisty wojskowego, tylko zmiany zapisu § 26 ust. 3 rozporządzenia
Ministra Obrony Narodowej z dnia 23 lutego 3004 r. w sprawie trybu
postępowania i właściwości organów w sprawach zaopatrzenia emerytalnego
żołnierzy zawodowych oraz uprawnionych członków ich rodzin. Pragnę Pana
zapewnić, że resort Obrony Narodowej podejmie działania zmierzające do
uregulowania przedmiotowej kwestii”.
To pseudo
wyjaśnienie Dyrektora Departamentu Spraw Socjalnych MON niczego nie
wyjaśnia, gdyż nie ma w nim nawet słówka o tym, jak do tego doszło, ile
tych bubli ogółem wykonano, ile to podatników kosztowało, kto jest
winny tego, że te nowe legitymacje nie są zgodne
z wymogami, i jaką za to poniósł odpowiedzialność oraz dlaczego tej
afery przez tyle lat nie ujawniano. Brakuje też jakiejkolwiek wzmianki o
tym kto w tym departamencie wpadł na pomysł, aby zmusić wszystkich
emerytów
i rencistów do wykonania specjalnych, a tym samym drogich zdjęć do
nowych legitymacji emeryta-rencisty, do osobistego stawienia się
w WBE w celu pokwitowania odbioru nowej legitymacji,
a tym samym naraził ponad 155 tysięcy tych świadczeniobiorców w tym i
tych najbiedniejszych
( podoficerów ) na niepotrzebne wydatki.
Pułkownik Filipczak o tym nic nie wspomina, ale usiłuje przekonać
adresatów tej jego bałamutnej odpowiedzi, że nic złego się nie stało.
Bezczelnie przekonuje ich, że legitymacje
z tymi brakami są ważne. On jako sędzia tej swojej sprawy to wie. Wie
nawet
i to, że nie trzeba tych legitymacji-bubli wymieniać na nowe. Jego
zdaniem wystarczy pomajstrować przy rozporządzeniu określającym kryteria
jakim powinna odpowiadać przedmiotowa legitymacja tak, aby usunąć wymóg
zamieszczania na niej daty jej wydania,
a wszystkie wydane emerytom legitymacje bez tych danych staną się
automatycznie w pełni ważnymi. On nawet nie zauważył , iż na tych nowych
legitymacjach, których wzór opracowano w tym departamencie, brakuje nie
tylko daty, ale i miejsca ich wydania. Razem brakuje tam dwóch ważnych
danych, a pułkownik wspomina tylko jednej
z nich. Skoro te dwie dane znajdują się na legitymacjach
emerytów-rencistów otrzymujących świadczenia
z ZUS, to dlaczego legitymacje emerytów-rencistów wojskowych miałyby
być tych danych pozbawione.
Zupełnie innego zdania na ten temat jest prawnik Pan Antoni Łepkowski -
ekspert Centrum im. Adama Smitha. Uważa on, że gdyby coś takiego
zdarzyło się
w firmie prywatnej, to natychmiast wkroczyłby tam prokurator i oskarżył
osoby odpowiedzialne za działanie na szkodę spółki. Jego zdaniem nie
może być tak, że organy państwa ustalają prawo, a następnie, gdy
popełnią błąd, to je zmieniają. Uważa to za absolutny skandal. Zaś płk
Filipczak uważa, że jakimś prawem kaduka może sprofanować ten akt
prawny wg. jego widzi mi się,
a Minister Obrony Narodowej i Prezes Rady Ministrów na to nie
zareagowali.
Ja
temu pułkownikowi nawet za bardzo się nie dziwię, że kombinuje, jak
przysłowiowy koń pod górę i chce aby winni afery uchylili się od
odpowiedzialności. Dziwię się natomiast Ministrowi Obrony i Prezesowi
Rady Ministrów, że na tak kuriozalne pomysły tego pułkownika
przymykają oko, że pozwalają mu tak rażąco naginać prawo. Gdyby mu się
to udało, to dzięki tej klichizacji prawa w MON-ie, nasi emeryci i
renciści wojskowi byliby jedynymi na świecie, którzy posiadają
legitymacje na których brakuje miejsca
i daty ich wydania. Do tego nie wolno dopuścić.
Ja
te kuriozalne pomysły pułkownika Filipczaka, uznałem za niedopuszczalne
i dnia 12 lipca 2009 r.
o całości tej sprawy poinformowałem Prezydenta Rzeczypospolitej
Polskiej-
-Zwierzchnika Sił Zbrojnych Pana Lecha Kaczyńskiego. Dnia 4 sierpnia
2009 r. na te moją informację odpowiedziała mi Pani Danuta Pośnik z
Biura Listów i Opinii Kancelarii Prezydenta RP. Z odpowiedzi tej
wynikało, że Pan Prezydent jest informowany o treści napływającej
korespondencji. Wszelkie opinie i postulaty nadsyłane przez obywateli są
również analizowane przez prezydenckich ekspertów, a wnioski w
przyjętym w Kancelarii trybie-przekazywane są Panu Prezydentowi. Ja nie
wiem jakie wnioski z tej informacji wyciągnęli wspomniani eksperci i czy
Pan Prezydent na tę aferę oraz to, co jej towarzyszy jakoś zareagował,
gdyż żadnych informacji na ten temat już nie otrzymywałem.
Z
uwagi na to, że Pan Jerzy Szmajdziński jako ówczesny Minister Obrony
jest w tę aferę zamieszany od samego początku, dnia 12 lipca 2009 r.
wystąpiłem do niego
z wnioskiem, aby jako Poseł na Sejm RP na podstawie art. 20 ust. 1
ustawy z dna 9 maja 1996 r. o wykonywaniu mandatu posła i senatora,
podjął w MON-ie interwencję mającą na celu powstrzymanie płk Sławomira
Filipczaka od wprowadzenia w czyn tych szalonych jego pomysłów.
W tym względzie wystarczyłoby, aby Pan Jerzy Szmajdziński po koleżeńsku
poprosił Pana Ministra Obrony Bogdana Klicha, aby przywołał płk
Sławomira Filipczaka do porządku, a to na pewno by poskutkowało. Nie
wiem, czy Pan Wicemarszałek Sejmu podjął jakiekolwiek działania, gdyż do
dnia dzisiejszego nawet się nie odezwał. Ja trochę znam Pana Jerzego
Szmajdzińskiego i wiem, że jeżeli jakieś działania podejmuje, to o tym
zainteresowanych informuje.
Jednak wielomiesięczny brak jakiejkolwiek odpowiedzi od Wicemarszałka
Sejmu Jerzego Szmajdzińskiego niepokoił mnie i dnia 8 grudnia 2009 r.
na ręce Marszałka Sejmu Pana Bronisława Komorowskiego, przesłałem
skargę na Wicemarszałka Pana Jerzego Szmajdzińskiego o to, że przez 5
miesięcy nie podjął żadnych działań w sprawie afery
w MON-ie, która jako byłemu ministrowi tego resortu nie może być
obojętna, gdyż to on podpisał rozporządzenie, które miało być
sprofanowane.
Marszałek Sejmu Pan Bronisław Komorowski tę moją skargę kompletnie olał.
Zaś zatrudniony w Biurze Korespondencji i Informacji Kancelarii Sejmu
„Specjalista” Pan Jakub Majewski w piśmie z dnia 30 grudnia 2009 r.
L. dz. BKI -151-10656/09 napisał coś, co zasługuje na oprawienie w
ramce, a mianowicie:
1)
„Rozpatrywanie skarg nie leży w kompetencjach Marszałka” ;
2)
„Wicemarszałek Sejmu nie ma uprawnień do występowania z
interwencją o którą Pan wnosi”.
Ta kuriozalna
odpowiedz „Specjalisty” zwaliła mnie z nóg, gdyż uświadomiła mi, że
w Kancelarii Sejmu pracują jacyś pożal się Boże „Specjaliści”, którzy
nie mają zielonego pojęcia o tym, że:
-
Obowiązek rozpatrywania skarg i wniosków przez Marszałka Sejmu RP
jako szefa organu państwowego nakłada na Marszałka art. 2 Kodeksu
postępowania administracyjnego;
-
Prawo Wicemarszałka Sejmu jako Posła na Sejm RP do podejmowania w
ramach swoich obowiązków poselskich interwencji w organie
administracji rządowej wynika z art. 20 ust. 1 ustawy z dnia 9 maja
1996 r. o wykonywaniu mandatu posła i senatora. Zaś ust. 2 tego art.
stanowi, że organy i jednostki, wobec których poseł lub senator
pojął interwencję, są obowiązane najpóźniej w ciągu czternastu dni
powiadomić posła lub senatora o stanie rozpatrywania sprawy i w
terminie uzgodnionym
z posłem lub senatorem ostatecznie ją załatwić.
Ja Pana Jerzego
Szmajdzińskiego nie prosiłem aby interweniował w MON-ie w roli
Wicemarszałka Sejmu, lecz jako Poseł na Sejm i do tego miał nie tylko
prawo wynikające
z ustawy o wykonywaniu mandatu posła i senatora, ale
i obowiązek, gdyż zamierzano tam sprofanować rozporządzenie, które on w
2004 r. jako minister tego resortu podpisał.
Rażąco niekompetentna
odpowiedź na moją skargę, kompromituje nie tylko tego specjalistę, ale
i Kancelarię Sejmu z Marszałkiem Panem Bronisławem Komorowskim na
czele.
Reasumując.
W
latach 2004-2006 w Ministerstwie Obrony Narodowej, a w szczególności
w Departamencie Spraw Socjalnych oraz nadzorowanych przez ten
departament 15 Wojskowych Biurach Emerytalnych, w toku wymiany
legitymacji emeryta-rencisty wojskowego, doszło do afery polegającej na
tym, że te nowe legitymacje nie odpowiadają wymogom określonym
w § 26 rozporządzenia Ministra Obrony Narodowej z dnia 23 lutego 2004
r. w sprawie trybu postępowania
i właściwości organów w sprawach zaopatrzenia emerytalnego żołnierzy
zawodowych oraz uprawnionych członków ich rodzin. Na tych
nowowymienionych legitymacjach, których w ramach wymiany wydano ponad
155 tysiącom emerytów i rencistów oraz nadal wydaje się żołnierzom
zawodowym którzy bieżąco przechodzą na emeryturę lub rentę, zabrakło
takich podstawowych danych jak miejsce i data ich wydania. To
sprawia, iż te dokumenty są wadliwe i w świetle obowiązującego prawa
powinny podlegać ponownej wymianie W zawiązku
z powyższym w mieniu Ministerstwa Obrony Narodowej powstała szkoda
materialna, której nie ujawniono i nie zlikwidowano jej zgodnie z
przepisami o likwidacji szkód w mieniu wojskowym.
Dopuszczono się również innego rażącego uchybienia, które naraziło
wszystkich emerytów i rencistów wojskowych w tym i tych
najbiedniejszych, którym te legitymacje wymieniono, na wydatki związane
ze zmuszeniem ich do wykonania specjalnych zdjęć oraz stawienia się w
siedzibach Wojskowych Biur Emerytalnych w celu pokwitowania odbioru tych
wadliwych legitymacji. Dla emerytów i rencistów zamieszkałych poza
siedzibami WBE, był to spory niepotrzebny wydatek związany
z kosztami dojazdu pociągiem lub autobusem do miast,
w których te WBE mają swoje siedziby, wynajęciem taksówki, zjedzeniem
posiłku poza domem i zmarnowaniem całego dnia, w którym ten bubel z WBE
był odbierany.
Najwyższe organy państwa informację o powyższej aferze rażąco
zignorowały, nie zabrały na jej temat publicznie żadnego głosu , a
poszkodowanych nawet nie przeprosiły. Dowodem tej ignorancji jest fakt,
że nie zleciły powołanym do tego organom aby przeprowadziły
postępowanie w sprawie lub co najmniej przeprowadzenie w Departamencie
Spraw Socjalnych MON doraźnej kontroli mającej na celu ustalenie
przyczyn jej powstania, pociągnięcia winnych do odpowiedzialności,
sposobu naprawienia powstałych szkód oraz podjęcia środków zaradczych,
które zapobiegną powstawaniu tego rodzaju afer w przyszłości.
Niefrasobliwość tych organów sprawiła, że na postawione w tej informacji
zarzuty odpowiedział dyrektor tego departamentu, w którym ta afera
powstała. Zaś ten dyrektor występując w roli sędziego we własnej
sprawie, w pisemnej odpowiedzi skierowanej do tych organów oraz autora
informacji, zarzutów tych nie tylko nie wyjaśnił, lecz je zamataczył.
Zapewnił też tych adresatów, iż tak przemajstruje rozporządzenie MON, że
usunie z niego wymóg zamieszczania na legitymacji emeryta-rencisty daty
wydania tej legitymacji, a to sprawi, iż wydane dotychczas legitymacje
automatycznie staną się w pełni ważne. Wspomniane organa do tych pseudo
wyjaśnień nie ustosunkowały się. To może oznaczać, iż uznały je za
wystarczające.
Ja
obecnie nie wiem, co w opisanej tu sprawie dalej się dzieje. Jednak
nadal uważam, że powinna ją wyjaśnić Prokuratura Wojskowa. Dlatego też
dnia 12 lutego 2010 r. wysłałem do Naczelnej Prokuratury Wojskowej
w Warszawie zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa w DSS
MON i wszystkich 15-u WBE. Uważam też, że wszystkim emerytom
i rencistom wojskowym ze strony Premiera Rządu Pana Donalda Tuska i
Ministra Obrony Narodowej Pana Bogdana Klicha za tę aferę należą się
jakieś przeprosiny.
Rudolf Kondycki
|