Rudolf Kondycki

                                                                                                      

Jest o wiele gorzej niż było

 

W epoce sprzed 1989 roku, ze strony przeciwników ówczesnego ustroju politycznego słyszało się gromkie okrzyki, że władza zwana wówczas ludową ma obywateli za nic, że traktuje ich jak przedmioty, a nie podmioty, że
w Polsce konieczne są takie zmiany ustrojowe, które sprawią, że władza wreszcie zacznie  obywateli traktować jak ludzi, którzy mają jakieś konstytucyjne prawa. Dla zwykłych ludzi  oznaczało to, iż Polacy mają naturalne prawo do takiej władzy, która ma obowiązek wsłuchiwania się w ich postulaty, skargi, zażalenia
i wnioski, ma obowiązek traktować ich jak ludzi, którzy mają swoje prawa, których władzy na żadnym szczeblu nie wolno deptać lub obchodzić.. Większość Polaków była wówczas za takimi zmianami i w 1989 roku do tych zmian  wreszcie doszło.

Problem w tym, że po 20 latach od wprowadzenia w Polsce tych zmian ustrojowych, odnosi się wrażenie, że
w zakresie rozpatrywania przez organa władzy, a już
w szczególności tej najwyższej, nie wiele pod tym względem się zmieniło. Organa te  postulaty, wnioski
 i skargi obywateli, nadal lekceważą i to jeszcze bardziej niż miało to miejsce przed 1989 rokiem. W dalszej części niniejszego opracowania, na podstawie konkretnych dokumentów 
i zachowań, udowodnię jak organa tej obecnej władzy, lekceważyły moje skargi i wnioski kierowane do tych organów, a przy tym rażąco łamały przepisy prawa regulujące tryb ich rozpatrywania

Na podstawie rozporządzenia Ministra Obrony Narodowej  z dnia 23 lutego 2004 r.
w sprawie trybu postępowania i właściwości organów
w sprawach zaopatrzenia emerytalnego żołnierzy zawodowych oraz uprawnionych członków ich rodzin (podpisane przez ówczesnego ministra tego resortu – Jerzego Szmajdzińskiego), w ciągu dwóch lat od wejścia w życie tego rozporządzenia, należało wszystkim emerytom
i rencistom wojskowym  wymienić dotychczasowe legitymacje na nowe. Dane jakie miały  być zamieszczone na nowych legitymacjach określał § 26 ust. 3 powołanego rozporządzenia. Zaś wzór nowej legitymacji określał załącznik nr 2. Problem w tym, że wszystkie zamówione
 i wydrukowane blankiety tych nowych legitymacji nie odpowiadały wymogom tego rozporządzenia, gdyż nie zamieszczono na nich tak ważnych danych jak miejsce
i data ich wydania.
Nie wiadomo ile tych bubli ogółem wyprodukowano oraz ile  to podatników kosztowało. Wiadomo natomiast (z pisma Dyrektora Departamentu Spraw Socjalnych płk Sławomira Filipczaka z dnia 01.07.2009 r. nr 2134/DSS ), że wydano ich ponad  155 tysięcy  i nadal wydaje się tym żołnierzom zawodowym, którzy bieżąco przechodzą na emeryturę lub rentę.

Jest jeszcze i druga strona tego medalu. Okazało się, iż w toku przygotowywania tego rozporządzenia, ktoś
w Departamencie Spraw Socjalnych, wpadł na kuriozalny pomysł, aby rozporządzeniem tym obarczyć wszystkich emerytów i rencistów obowiązkiem dotarcia do siedzib WBE, w celu pokwitowania odbioru tego bubla.. Obowiązek ten znalazł swoje odzwierciedlenie w § 27 ust. 1 powołanego rozporządzenia, którego treść brzmi:
Legitymacje odbiera się osobiście po przedstawieniu dokumentu potwierdzającego tożsamość”. Stosownie do ust. 2 tego paragrafu, legitymacja mogła być również wydana osobie upoważnionej przez osobę uprawnioną. Jednak tak, czy inaczej musiał ktoś z rodziny emeryta pojechać do WBE w celu jej odbioru. Osoba udająca się po odbiór nowej legitymacji była (stosownym pismem WBE) zobowiązana  do dostarczenia dwóch specjalnych zdjęć świadczeniobiorcy.

Ówczesny Główny Cywilny Kontroler nad Armią tego rażącego błędu jednak nie dostrzegł
i rozporządzenie to podpisał. To kretyńskie rozporządzenie, za jego sprawą naraziło wszystkich emerytów i rencistów wojskowych na niepotrzebne wydatki. Mnie wykonanie tych zdjęć kosztowało 20 złotych, dojazd autobusem z Jeleniej Góry do Wrocławia (w obie strony) 40 złotych. Z uwagi na to, iż nie wiedziałem gdzie dokładnie we  Wrocławiu WBE mieści się, dotarcie z dworca autobusowego do jego siedziby  środkami komunikacji miejskiej sprawiałoby mi kłopoty, więc byłem zmuszony do dwukrotnego wynajęcia taksówki, co kosztowało mnie kolejnych 30 zł. Musiałem też skonsumować tam jeden ciepły posiłek, który
z przykontrowaniem go jednym kuflem wrocławskiego piwa, kosztował dalszych 20 złotych. Ogółem moja eskapada do WBE we Wrocławiu po odbiór nieważnej legitymacji, kosztowała mnie 110 złotych. Zaś emerytów mieszkających w Bogatyni, Zgorzelcu lub w Bolesławcu, koszty te podwajały się. Gdyby założyć, że każdy emeryt z tego tytułu został narażony na wydatek wynoszący średnio tylko 50 złotych, to ta „operacja” naraziła ich na niepotrzebne wydatki wynoszące w skali kraju ogółem ponad 7 milionów 750 tysięcy złotych. Tak emerytów i rencistów urządzono tylko tym jednym rozporządzeniem MON. Aż strach pomyśleć o tym, co te światłe umysły w MON-ie mogą tam jeszcze wymyślić.

Na podkreślenie zasługuje fakt, że w tym samym okresie wymieniono również  legitymacje emerytom
i rencistom otrzymującym świadczenia emerytalne  z ZUS.  Te ich nowe legitymacje w pełni odpowiadały wymogom określonym w rozporządzeniu Ministra Polityki Społecznej
z dnia 12 sierpnia 2004 r. w sprawie wzoru legitymacji emeryta-rencisty oraz trybu jej wydawania lub zwrotu
i zostały dostarczone do miejsc ich zamieszkania za pośrednictwem poczty. Skoro tak, to Wojskowe Biura Emerytalne też mogły tak postąpić, ale  pułkownicy w MON-ie i WBE o tym nie pomyśleli. Oni już 6 lat wydają ludziom te buble
i udają, że tych rażących błędów z tym związanych jeszcze nawet nie zaważyli.

To, co z tymi legitymacjami wyprawiano i nadal wyprawia, jest wielką aferą, w którą bezspornie zamieszany jest ówczesny Minister Obrony Narodowej, Dyrektor Departamentu Spraw Socjalnych, wszyscy dyrektorzy Wojskowych Biur Emerytalnych, a także kolejni ministrowie tego resortu, którzy tę aferę przez kilka lat ukrywali. Podejrzane jest również to, że przez 4 lata jakie upłynęły od zakończenia wymiany tych legitymacji, nie wykryła tej afery  żadna kontrola w tym nawet ta cywilna nad armią. Ma to znamiona kolejnej afery, gdyż  świadczy o tym, iż te kontrole są psa warte.

Gdy wieść o tych rażących nieprawidłowościach do mnie dotarła, uznałem, że po aferze związanej z waloryzacją rent i emerytur wojskowych, jest to kolejna wielka afera
w MON-ie, która przed opinią publiczną przez kilka lat, przez kolejnych ministrów tego resortu była i jest  ukrywana. To zbulwersowało mnie do tego stopnia, iż pismem z dnia 25 maja 2009 r. poinformowałem o tym Prezesa Rady Ministrów Pana Donalda Tuska. Pod adresem na tej informacji zamieściłem dopisek: „do rąk własnych”. Zależało mi na tym, aby Pan Premier o tej aferze się dowiedział, gdyż byłem pewien, iż  sprawi, że zbada ją Prokuratura Wojskowa. Czy Pan Premier tę informację przeczytał lub w jakiś sposób był
o niej poinformowany i czy jakoś na nią zareagował tego nie wiem. Wiem natomiast, że Departament Skarg, Wniosków
i Obsługi Rady ds. Uchodźców Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, pismem z dnia 29 maja 2009 r. nr DSWRU-573-6934-(02)/09/JI, przesłał tę moją informację do Ministra Obrony Narodowej-Sekretariatu Ministra z prośbą o rozpatrzenie sprawy i udzielenie stosownych wyjaśnień zainteresowanemu z kopią dla tego Departamentu.

Czy Minister Obrony Narodowej Pan Bogdan Klich z tą informacją był zapoznany, tego nie wiem, ale wiem, że nie trafiła ona do Prokuratury Wojskowej, ani Żandarmerii, lecz do rąk Dyrektora Departamentu Spraw Socjalnych MON, czyli do źródła jej powstania i ukrywania. To sprawiło, że winny spowodowania afery, stał się sędzią we własnej sprawie.

O tym, iż aż  tak żle się dzieje w zakresie trybu rozpatrywania tego rodzaju informacji od   obywateli, dowiedziałem się, gdy na tę konkretną skargę na Ministra Obrony Narodowej, odpowiedział mi podwładny tego ministra-Dyrektor Departamentu Spraw Socjalnych 
płk Sławomir Filipczak. Ręce mi opadły, gdyż zrozumiałem, iż zarówno Prezes Rady Ministrów, jak Minister Obrony Narodowej, tę moją skargę kompletnie olali. Takie  podejście do  rozpatrywania skarg i wniosków obywateli, jest rażąco sprzeczne z Kodeksem postępowania administracyjnego i rozporządzeniem Rady Ministrów z dnia 8 stycznia 2002  roku w sprawie organizacji przyjmowania
i rozpatrywania skarg i wniosków (Dz. U. z 2002 r., nr 5, poz. 46). Mam 78 lat i stwierdzam, że z takim łamaniem przepisów dotyczących tego zakresu, nie spotkałem się nawet  w PRL u.

To skandaliczne złamanie tego trybu sprawiło, że Dyrektor Departamentu Spraw Socjalnych płk Sławomir Filipczak, występując w roli sędziego sądzącego własną sprawę,  miał możliwość takiego zamataczenia sprawy, aby winnym spowodowania afery w tym jemu samemu nawet przysłowiowy włos z głowy nie spadł i tę możliwość w pełni wykorzystał.

Dowodem wykorzystania tych możliwości, jest jego pismo z dnia 1 lipca 2009 r.
nr 2134/DSS, skierowane do Departamentu Skarg, Wniosków i Obsługi Rady Do Spraw Uchodźców – Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, do Biura Skarg
i Wniosków Ministerstwa Obrony Narodowej oraz do mnie, będące odpowiedzią na tę moją skargę, w którym miał czelność    napisać:

„Wydana Panu przez Wojskowe Biuro Emerytalne we Wrocławiu legitymacja emeryta-rencisty wojskowego jest zgodna ze wzorem określonym w załączniku nr 2 rozporządzenia. Jednak, jak Pan słusznie zauważył w tym wzorze nie ma adnotacji dotyczącej daty wydania legitymacji. Nie mniej jednak, mimo braku przedmiotowego zapisu wydana Panu przez wojskowy organ emerytalny legitymacja jest ważna. Pragnę zauważyć, że o ważności legitymacji nie decyduje data jej wydania, ale data jej ważności. W Pana przypadku legitymacja ważna jest bezterminowo. Tym samym uregulowanie przedmiotowej kwestii nie wymaga jak Pan wnosi w swoim wystąpieniu wymiany ponad 155 tysięcy legitymacji emeryta –rencisty wojskowego, tylko zmiany zapisu § 26 ust. 3 rozporządzenia Ministra Obrony Narodowej z dnia 23 lutego 3004 r. w sprawie trybu postępowania i właściwości organów w sprawach zaopatrzenia emerytalnego żołnierzy zawodowych oraz uprawnionych członków ich rodzin. Pragnę Pana zapewnić, że resort Obrony Narodowej podejmie działania zmierzające do uregulowania przedmiotowej kwestii”.

            To pseudo wyjaśnienie  Dyrektora Departamentu Spraw Socjalnych MON niczego nie wyjaśnia, gdyż nie ma w nim nawet słówka o tym, jak do tego doszło, ile tych bubli ogółem wykonano, ile to podatników kosztowało,  kto jest winny tego, że te nowe legitymacje  nie są zgodne
z wymogami, i jaką  za to poniósł odpowiedzialność oraz dlaczego tej afery przez tyle lat nie ujawniano. Brakuje też jakiejkolwiek wzmianki o tym kto w tym departamencie wpadł na pomysł, aby zmusić wszystkich emerytów
i rencistów do wykonania  specjalnych, a tym samym drogich  zdjęć do nowych legitymacji emeryta-rencisty, do osobistego stawienia się
w WBE w celu pokwitowania odbioru nowej legitymacji,
a tym samym naraził ponad 155 tysięcy  tych świadczeniobiorców w tym i tych najbiedniejszych
( podoficerów ) na niepotrzebne wydatki.

Pułkownik Filipczak o tym nic nie wspomina, ale usiłuje przekonać adresatów tej jego bałamutnej odpowiedzi, że nic złego się nie stało. Bezczelnie przekonuje ich, że legitymacje
z tymi brakami są ważne. On jako sędzia tej swojej sprawy to wie. Wie nawet
i to,  że nie trzeba tych legitymacji-bubli wymieniać na nowe. Jego zdaniem wystarczy pomajstrować przy rozporządzeniu określającym kryteria jakim powinna odpowiadać przedmiotowa legitymacja tak, aby usunąć wymóg zamieszczania na niej daty jej wydania,
a wszystkie wydane emerytom legitymacje bez tych danych staną się automatycznie w pełni ważnymi. On nawet nie zauważył , iż na tych nowych legitymacjach, których wzór opracowano w tym departamencie, brakuje nie tylko daty, ale i miejsca ich wydania. Razem brakuje tam dwóch ważnych danych, a  pułkownik wspomina tylko jednej
z nich. Skoro te dwie dane znajdują się na legitymacjach emerytów-rencistów otrzymujących świadczenia
z ZUS,  to dlaczego legitymacje emerytów-rencistów wojskowych miałyby być tych danych pozbawione.

 Zupełnie innego zdania na ten temat jest prawnik Pan Antoni Łepkowski - ekspert Centrum im. Adama Smitha. Uważa on, że gdyby coś takiego zdarzyło się
w firmie prywatnej, to natychmiast wkroczyłby tam prokurator i oskarżył osoby odpowiedzialne za działanie na szkodę spółki. Jego zdaniem nie może być tak, że organy państwa ustalają prawo, a następnie, gdy popełnią błąd, to je zmieniają. Uważa to za absolutny skandal. Zaś płk Filipczak uważa, że jakimś  prawem kaduka może sprofanować ten akt prawny wg. jego widzi mi się,
a Minister Obrony Narodowej i Prezes Rady Ministrów na to  nie zareagowali.

Ja temu pułkownikowi nawet za bardzo się nie dziwię, że kombinuje, jak przysłowiowy koń pod górę i chce aby winni afery uchylili się  od odpowiedzialności. Dziwię się natomiast Ministrowi Obrony i Prezesowi Rady Ministrów, że na tak kuriozalne  pomysły tego pułkownika  przymykają oko, że pozwalają mu tak rażąco naginać prawo. Gdyby mu się to udało, to dzięki tej klichizacji prawa w MON-ie, nasi emeryci i renciści wojskowi byliby jedynymi na świecie, którzy posiadają legitymacje na których brakuje miejsca
i daty ich wydania. Do tego nie wolno  dopuścić.

Ja te kuriozalne pomysły pułkownika Filipczaka, uznałem za niedopuszczalne i dnia   12 lipca 2009 r.
o całości tej sprawy poinformowałem Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej-
-Zwierzchnika Sił Zbrojnych Pana Lecha Kaczyńskiego. Dnia 4 sierpnia 2009 r.  na te moją informację odpowiedziała mi Pani Danuta Pośnik z Biura Listów i Opinii Kancelarii Prezydenta RP. Z odpowiedzi tej wynikało, że Pan Prezydent jest informowany o treści napływającej korespondencji. Wszelkie opinie i postulaty nadsyłane przez obywateli są również analizowane przez prezydenckich ekspertów, a wnioski w przyjętym  w Kancelarii trybie-przekazywane są Panu Prezydentowi. Ja nie wiem jakie wnioski z tej informacji wyciągnęli wspomniani eksperci i czy Pan Prezydent na tę aferę oraz to, co jej towarzyszy jakoś zareagował, gdyż żadnych informacji na ten temat  już nie otrzymywałem.

Z uwagi na to, że Pan Jerzy Szmajdziński jako ówczesny Minister Obrony jest w tę aferę zamieszany od samego początku, dnia 12 lipca 2009 r. wystąpiłem do niego
z wnioskiem, aby jako Poseł na Sejm RP na podstawie art. 20 ust. 1 ustawy z dna 9 maja  1996 r. o wykonywaniu mandatu posła i senatora, podjął w MON-ie interwencję mającą na celu powstrzymanie płk Sławomira Filipczaka od wprowadzenia w czyn tych szalonych jego pomysłów.
W tym względzie wystarczyłoby, aby  Pan Jerzy Szmajdziński po koleżeńsku poprosił Pana Ministra Obrony Bogdana Klicha, aby przywołał płk Sławomira Filipczaka do porządku, a to na pewno by poskutkowało. Nie wiem, czy Pan Wicemarszałek Sejmu podjął jakiekolwiek działania, gdyż do dnia dzisiejszego nawet się nie odezwał. Ja trochę znam Pana Jerzego Szmajdzińskiego i wiem, że jeżeli jakieś działania podejmuje, to o tym zainteresowanych informuje.

Jednak wielomiesięczny brak jakiejkolwiek odpowiedzi od Wicemarszałka Sejmu Jerzego Szmajdzińskiego niepokoił  mnie i dnia 8 grudnia 2009 r. na ręce Marszałka Sejmu  Pana Bronisława Komorowskiego, przesłałem skargę na Wicemarszałka Pana Jerzego Szmajdzińskiego o to, że przez 5 miesięcy nie podjął żadnych działań w sprawie afery
w MON-ie, która jako byłemu ministrowi tego resortu nie może być obojętna, gdyż to on podpisał rozporządzenie, które miało być sprofanowane.

Marszałek Sejmu Pan Bronisław Komorowski tę moją skargę kompletnie olał. Zaś zatrudniony w Biurze Korespondencji i Informacji Kancelarii Sejmu „Specjalista” Pan Jakub Majewski w piśmie z dnia 30 grudnia 2009 r.
L. dz. BKI -151-10656/09 napisał coś, co zasługuje na oprawienie w ramce, a  mianowicie:

1)      „Rozpatrywanie skarg nie leży w kompetencjach Marszałka” ;

2)      „Wicemarszałek Sejmu nie ma uprawnień do występowania z interwencją o którą Pan wnosi”.

Ta kuriozalna  odpowiedz   „Specjalisty” zwaliła mnie z nóg, gdyż uświadomiła mi, że
w Kancelarii Sejmu pracują jacyś pożal się Boże „Specjaliści”, którzy nie mają zielonego pojęcia o tym, że:

  1. Obowiązek rozpatrywania skarg i wniosków przez Marszałka Sejmu RP jako szefa organu państwowego nakłada na Marszałka art. 2 Kodeksu postępowania administracyjnego;
  2. Prawo Wicemarszałka Sejmu jako Posła na Sejm RP do podejmowania  w ramach swoich obowiązków poselskich interwencji w organie administracji rządowej wynika z art. 20 ust. 1 ustawy z dnia 9 maja 1996 r. o wykonywaniu mandatu posła i senatora. Zaś ust. 2 tego art. stanowi, że organy i jednostki,  wobec których poseł lub senator pojął interwencję, są obowiązane najpóźniej w ciągu czternastu dni powiadomić posła lub senatora o stanie rozpatrywania sprawy i w terminie uzgodnionym
    z posłem  lub senatorem ostatecznie ją załatwić.

Ja Pana Jerzego Szmajdzińskiego nie prosiłem aby interweniował w MON-ie w roli Wicemarszałka Sejmu, lecz jako Poseł na Sejm i do tego miał nie tylko prawo wynikające
z ustawy o wykonywaniu mandatu posła i senatora, ale
i obowiązek, gdyż zamierzano tam sprofanować rozporządzenie, które on w 2004 r. jako minister tego resortu podpisał.

Rażąco niekompetentna odpowiedź na moją skargę,  kompromituje nie tylko tego specjalistę, ale i Kancelarię Sejmu z Marszałkiem  Panem Bronisławem Komorowskim na czele.

 

Reasumując.

W latach 2004-2006 w Ministerstwie Obrony Narodowej, a w szczególności 
w Departamencie Spraw Socjalnych oraz nadzorowanych przez ten departament 15 Wojskowych Biurach Emerytalnych, w toku wymiany legitymacji emeryta-rencisty wojskowego, doszło do afery polegającej na tym, że te nowe legitymacje nie odpowiadają wymogom określonym
w § 26 rozporządzenia Ministra Obrony Narodowej z dnia  23 lutego 2004 r. w sprawie trybu postępowania
i właściwości organów w sprawach zaopatrzenia emerytalnego żołnierzy zawodowych oraz uprawnionych członków ich rodzin. Na tych nowowymienionych legitymacjach, których w ramach wymiany wydano ponad 155 tysiącom emerytów  i rencistów oraz nadal wydaje się żołnierzom zawodowym którzy bieżąco przechodzą na emeryturę lub rentę, zabrakło takich podstawowych danych jak miejsce i data ich wydania. To sprawia, iż te dokumenty są wadliwe i w świetle obowiązującego prawa powinny podlegać ponownej wymianie W zawiązku
z powyższym w mieniu Ministerstwa Obrony Narodowej powstała szkoda materialna, której nie ujawniono i nie zlikwidowano jej zgodnie z  przepisami o likwidacji szkód w mieniu wojskowym.

Dopuszczono się również innego rażącego uchybienia, które naraziło wszystkich emerytów i rencistów wojskowych w tym i tych najbiedniejszych, którym te legitymacje wymieniono, na wydatki związane ze zmuszeniem ich do wykonania specjalnych zdjęć oraz stawienia się w siedzibach Wojskowych Biur Emerytalnych w celu pokwitowania odbioru tych wadliwych  legitymacji. Dla emerytów i rencistów  zamieszkałych poza siedzibami WBE, był to spory niepotrzebny  wydatek związany
z kosztami  dojazdu pociągiem lub autobusem do miast,
w których te  WBE mają swoje siedziby, wynajęciem taksówki, zjedzeniem posiłku poza domem i zmarnowaniem całego dnia, w którym ten bubel z WBE był odbierany.

Najwyższe organy państwa informację o powyższej aferze rażąco zignorowały, nie zabrały na jej  temat publicznie żadnego głosu , a poszkodowanych nawet nie przeprosiły. Dowodem tej ignorancji jest fakt, że  nie zleciły powołanym do tego organom aby przeprowadziły postępowanie w sprawie lub co najmniej przeprowadzenie w Departamencie Spraw Socjalnych MON doraźnej kontroli mającej na celu ustalenie przyczyn jej powstania, pociągnięcia winnych do odpowiedzialności, sposobu naprawienia powstałych szkód oraz podjęcia środków zaradczych, które zapobiegną powstawaniu tego rodzaju afer w przyszłości. Niefrasobliwość tych organów sprawiła, że na postawione w tej informacji zarzuty odpowiedział dyrektor tego departamentu, w którym ta afera powstała. Zaś ten dyrektor występując w roli sędziego we własnej sprawie, w pisemnej odpowiedzi skierowanej do tych organów oraz autora informacji, zarzutów tych nie tylko nie wyjaśnił, lecz je zamataczył. Zapewnił też tych adresatów, iż tak przemajstruje rozporządzenie MON, że usunie z niego wymóg zamieszczania na legitymacji emeryta-rencisty daty wydania tej legitymacji, a to sprawi, iż wydane dotychczas legitymacje automatycznie staną się w pełni ważne. Wspomniane organa do tych pseudo wyjaśnień nie ustosunkowały się. To może oznaczać, iż uznały je za wystarczające.

Ja obecnie nie wiem, co w opisanej  tu sprawie dalej się dzieje. Jednak nadal uważam, że powinna ją wyjaśnić Prokuratura Wojskowa. Dlatego też dnia 12 lutego 2010 r. wysłałem do Naczelnej Prokuratury Wojskowej
w Warszawie zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa w DSS MON i wszystkich 15-u WBE. Uważam też, że  wszystkim emerytom
i rencistom wojskowym ze strony Premiera Rządu Pana Donalda Tuska i Ministra Obrony Narodowej Pana Bogdana Klicha za tę aferę należą się jakieś przeprosiny.

 
Rudolf Kondycki