Czy to związek walczy z pułkownikiem Gągalskim?
Zniesmaczony faktem, że w środowisku wojskowym dochodzi do rozpraw sądowych, gdzie oficer wytacza proces swojemu koledze oficerowi, postanowiłem sprawdzić sprawę u źródła. Wybrałem się zatem do właściwego sądu, by przyjrzeć się sporowi z bliska. Niestety procedury prawne sprawiły, że proces został odwołany, a następna rozprawa odbędzie się dopiero jesienią tego roku. Strata moja niewielka, bowiem gospodarowanie czasem na emeryturze nie jest wcale takie trudne, ale nauki, jakich doznałem są cenne i z niektórymi chcę się podzielić. Oto bowiem po raz pierwszy
miałem możliwość ujrzenia powoda tej sprawy, którym jest płk
Gazarkiewicz, mężczyzna postawny, zadbany, tryskający energią
oraz sprawiający wrażenie osoby zdecydowanej Najgorsze w tym wszystkim jest
to, że sprawa zamiast koniecznego w tym przypadku dialogu i
porozumienia, wylewa się na warszawski bruk oraz może posłużyć
nieprzychylnym w swoich ocenach sytuacji wojskowych emerytów wielu
opiniotwórczym środowiskom i ośrodkom decydenckim w ich dalszych
działaniach. Ponadto zrzeszenie emerytów wojskowych, zamiast
wykorzystania swojej pozycji do wystąpienia w roli poważnego
mediatora, sprawia wrażenie zaangażowanej strony w celu wsparcia
swojego kolegi działacza. To musi budzić zdziwienie i brak
akceptacji, gdy autorytet organizacji stawiany jest do dyspozycji
jednej strony. I wcale nie chodzi mi szczególnie o obronę dobrego
imienia organizacji, ale pragnę jedynie zauważyć, że przeciwko
pułkownikowi Gągalskiemu wystąpił nie tylko płk
Gazarkiewicz, ale byłem świadkiem próby wywarcia wpływu na
wysoki sąd przez prezesa ZBŻZ, który mimo, że nie był pytany,
usiłował siedząc w jednej ławce obok powoda / płk Gazarkiewicza
/zabrać głos celem przedstawienia określonej opinii. Sądząc na
podstawie zajmowanego miejsca na sali sądowej, pan prezes ZBŻZ
nie zamierzał w pozytywnym świetle przedstawiać pozwanego płk
Gągalskiego. Był to przejaw nie tylko nieznajomości, czy też
poszanowania sądu, ale wyraźne określenie się, jako strony w tym
sporze, co oznacza, że nie było mowy Trudno przejść do porządku dziennego i uważać za normalne działanie kierownictwa organizacji emerytów wojskowych, którzy autorytet wszystkich swoich członków zamiast do szukania porozumienia między zwaśnionymi oficerami zdecydowały postawić po stronie jednej ze stron przed ogłoszeniem wyroku. A co będzie, jak sąd oddali oskarżenie lub uzna oskarżenie za bezpodstawne? Czy taka jest rola organizacji emerytów wojskowych. Przeczytałem wypowiedzi pana pułkownika Gągalskiego na forum i muszę powiedzieć, że oprócz troski o los emerytów wojskowych i krytykę postawy ZBŻZ, do czego przecież ma prawo, niczego nagannego nie zauważyłem. Dlatego ze zdziwieniem odnotowałem bojowe postawy wspierających pułkownika Gazarkiewicza działaczy związku. Postawa i atmosfera była tak ożywiona, że pan prezes zaabsorbowany przygotowywaniem własnego wystąpienia na posiedzeniu sądu zapomniał o dobrych manierach, a raczej o zasadach obowiązujących w kulturalnych środowiskach. Jest to w całej sprawie jedynie malutki kamyczek, jaki chcę wrzucić do ogródka ZBŻZ. Ubolewam nad sposobem rozstrzygania sporów w tym gronie, co w moim przekonaniu może wynikać nie ze sposobu myślenia, ale z pełnego podporządkowania się określonym koncepcjom. Dlatego nigdy nie było mi po drodze z takim sposobem widzenia naszej rzeczywistości.
Panie generale Rębacz
nie jest jeszcze za późno, sąd odroczył sprawę i nie ma potrzeby by
związek, lub bardziej dokładnie, część kierownictwa swoją uwagę
skupiała na chęci pognębienia swojego kolegi emeryta wojskowego. Źle
się dzieje w śród emerytów wojskowych, gdy część środowiska apeluje
za zbieraniem pieniędzy na pokrycie kosztów wynajęcia adwokata dla
pułkownika Gagalskiego, a z drugiej strony prezes ZBŻZ
w imieniu organizacji zbiera dużą grupę działaczy dla wspierania
byłego wiceprezesa w prywatnej sprawie, której zakończenia nie
znamy. Gdy czytam ubolewania o braku jedności w działaniu wojskowych
emerytów i konfrontuję to z dialogiem pod rękę z Temidą, to jest dla
mnie wszystko zrozumiałe. Jest to jedyny znany mi przypadek
pozywania przed oblicze sądu jednego pułkownika przez drugiego. Julian Lewiński
|