Czy to związek walczy z pułkownikiem Gągalskim?

 

Zniesmaczony faktem, że w środowisku wojskowym dochodzi do rozpraw sądowych, gdzie oficer wytacza proces swojemu koledze oficerowi, postanowiłem sprawdzić sprawę u źródła. Wybrałem się zatem do właściwego sądu, by przyjrzeć się sporowi z bliska. Niestety procedury prawne sprawiły, że proces został odwołany, a następna rozprawa odbędzie się dopiero jesienią tego roku. Strata moja niewielka, bowiem gospodarowanie czasem na emeryturze nie jest wcale takie trudne, ale nauki, jakich doznałem są cenne i z niektórymi chcę się podzielić.

Oto bowiem po raz pierwszy miałem możliwość ujrzenia powoda tej sprawy, którym jest płk Gazarkiewicz, mężczyzna postawny, zadbany, tryskający energią oraz sprawiający wrażenie osoby zdecydowanej
i pewnej siebie. Wokół niego wianuszek emerytów wojskowych na czele
z samym prezesem ZBŻZ i jego rzecznikiem prasowym, co mogłoby sugerować, że sprawa dotyczy nie osoby, a organizacji. Jednocześnie nie mogłem spotkać nieobecnego pozwanego którym jest płk Gągalski. Jego nieobecność wynikała z powodu choroby, która niestety w tym wieku jest czymś naturalnym. Nie było też nikogo, kogo mógłbym zaliczyć do zwolenników pozwanego. Było to, tym bardziej zaskakujące, że źródeł ewentualnych  pomówień trzeba doszukiwać się w internetowej plątaninie słów związanych ze sporem emerytów wojskowych z WBE i MON
w temacie niekorzystnych rozstrzygnięciach ustawodawczych. Pułkownik  Gągalski jest wiodącą postacią w poszukiwaniu sprawiedliwości, a z jego osobistych zmagań korzysta obecnie kilka bądź kilkadziesiąt tysięcy osób, które złożyły pozwy w sądzie solidaryzując się z pozwanym pułkownikiem. Ponadto wypowiadający się  na forum rezerwiści, w tym również należący do ZBŻZ otwarcie popierali postępowanie pana pułkownika Gagalskiego, mimo, że oficjalnie odmienne zdanie prezentowało kierownictwo związku na czele z panem prezesem. Wiedziałem oczywiście o tej różnicy zdań i widziałem toczącą się dyskusję,  w której ze zdziwieniem odnotowywałem fakt, że szeregowi członkowie popierają poglądy niezrzeszonego pułkownika, krytykując jednocześnie postawę władz własnej organizacji emeryckiej. Nie dziwi mnie też atmosfera toczącej się dyskusji, bowiem sprawy są bardzo poważne i pozostawieni w osamotnieniu emeryci wojskowi, mimo przynależności związkowej szukali swojej szansy na poprawę własnego losu w przedstawionej propozycji. Zrozumiałym dla mnie w tej sytuacji są zarówno dyskusja, wsłuchiwanie się w głosy olbrzymiej grupy emerytów, jak  i konieczność wspólnego poszukiwania rozwiązania. Zbyt mało było dialogu,
a jednocześnie mało przekonywująca postawa kierownictwa związku spowodowała zaostrzenie poglądów przy wymianie zdań. Powaga dużego związku, a przede wszystkim potrzeba bycia ze swoimi członkami nie upoważniała do kategorycznych decyzji i traktowania w kategoriach przeciwników inaczej myślących i działających rezerwistów. Natomiast zupełnie niedorzecznym jest dla mnie sam proces. Trudno mi bowiem zrozumieć, że w naszych trudnych czasach pułkownik pozywa pułkownika przed oblicze tej pani z zasłoniętymi oczami, w oczekiwaniu, że wyrok sądowy zmiażdży i unicestwi  pozwanego, dając satysfakcję powodowi. Jaka to ma być satysfakcja, przy jednoczesnym poczuciu krzywdy drugiej strony? I w tym wszystkim w imieniu całej organizacji po jednej ze stron staje prezes związku, a jest nim pan generał Rębacz. Nie jest moją sprawą wnikać i oceniać, kto ma rację w ocenie zdarzeń, które miały miejsce
w przeszłości. Żołnierze w swojej długiej służbie wojskowej mieli nie tylko wzniosłe i honorowe momenty, a pamięć ludzka nie wszystko wymazała
z pamięci, więc przy wzajemnych dochodzeniach swoich racji gdy pada
o jedno słowo za dużo , niekoniecznie musi się to odbywać z niszczeniem drugiej strony. Wyrażam zatem wątpliwość, czy wypowiedziane, bądź nie wypowiedziane słowa między oficerami muszą być rozstrzygane przed obliczem sądu. W przeszłości takie sprawy były rozstrzygane na ubitej ziemi, co wcale nie oznaczało, że prawda i rozsądek towarzyszyły każdemu zdarzeniu. Obecnie, niezależnie od ostatecznych rozstrzygnięć pozostanie bądź urażona duma, bądź też poczucie krzywdy oraz straty moralne i finansowe.

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że sprawa zamiast koniecznego w tym przypadku dialogu i porozumienia, wylewa się na warszawski bruk oraz może posłużyć nieprzychylnym w swoich ocenach sytuacji wojskowych emerytów  wielu opiniotwórczym środowiskom i ośrodkom decydenckim w ich dalszych działaniach. Ponadto zrzeszenie emerytów wojskowych, zamiast wykorzystania swojej pozycji do wystąpienia w roli poważnego mediatora, sprawia wrażenie zaangażowanej strony w celu wsparcia swojego kolegi działacza. To musi budzić zdziwienie i brak akceptacji, gdy autorytet organizacji stawiany jest do dyspozycji jednej strony. I wcale nie chodzi mi szczególnie o obronę dobrego imienia organizacji, ale pragnę jedynie zauważyć, że przeciwko pułkownikowi Gągalskiemu wystąpił nie tylko płk Gazarkiewicz, ale byłem świadkiem próby wywarcia wpływu na wysoki sąd przez prezesa ZBŻZ, który mimo, że nie był pytany, usiłował siedząc w jednej ławce obok powoda / płk Gazarkiewicza /zabrać głos celem przedstawienia określonej opinii. Sądząc na podstawie zajmowanego miejsca na sali sądowej, pan prezes ZBŻZ nie zamierzał w pozytywnym świetle przedstawiać pozwanego płk Gągalskiego. Był to przejaw nie tylko nieznajomości, czy też poszanowania sądu, ale wyraźne określenie się, jako strony w tym sporze, co oznacza, że nie było mowy
o możliwej mediacji między oficerami.Na szczęście pani sędzia nie dopuściła do pełnej kompromitacji. Chciałem takie postępowanie porównać z głoszonymi w statucie zasadami, lecz  z nieznanych mi przyczyn statutu nie można znaleźć na stronie internetowej organizacji..  Zresztą aktualność danych zawartych na stronie ZBŻZ musi budzić zastrzeżenia.

Trudno przejść do porządku dziennego i uważać za normalne działanie kierownictwa organizacji emerytów wojskowych, którzy autorytet wszystkich swoich członków zamiast do szukania porozumienia między zwaśnionymi oficerami zdecydowały postawić po stronie jednej ze stron przed ogłoszeniem wyroku. A co będzie, jak sąd oddali oskarżenie lub uzna oskarżenie za bezpodstawne? Czy taka jest rola organizacji emerytów wojskowych. Przeczytałem wypowiedzi pana pułkownika Gągalskiego na forum i muszę  powiedzieć, że oprócz troski o los emerytów wojskowych i krytykę postawy ZBŻZ, do czego przecież ma prawo, niczego nagannego nie zauważyłem.

Dlatego ze zdziwieniem odnotowałem bojowe postawy wspierających pułkownika Gazarkiewicza działaczy związku. Postawa i atmosfera była tak ożywiona, że pan prezes zaabsorbowany przygotowywaniem własnego wystąpienia na posiedzeniu sądu zapomniał o dobrych manierach, a raczej o zasadach obowiązujących w kulturalnych środowiskach. Jest to w całej sprawie jedynie malutki kamyczek, jaki chcę wrzucić do ogródka ZBŻZ. Ubolewam nad sposobem rozstrzygania sporów w tym gronie, co w moim przekonaniu może wynikać nie ze sposobu myślenia, ale z pełnego podporządkowania się określonym koncepcjom. Dlatego nigdy nie było mi po drodze z takim sposobem widzenia naszej rzeczywistości.

Panie generale Rębacz nie jest jeszcze za późno, sąd odroczył sprawę i nie ma potrzeby by związek, lub  bardziej dokładnie, część kierownictwa swoją uwagę skupiała na chęci pognębienia swojego kolegi emeryta wojskowego. Źle się dzieje w śród emerytów wojskowych, gdy część  środowiska apeluje za zbieraniem pieniędzy na pokrycie kosztów wynajęcia adwokata dla pułkownika Gagalskiego, a z drugiej strony prezes ZBŻZ w imieniu organizacji zbiera dużą grupę działaczy dla wspierania byłego wiceprezesa w prywatnej  sprawie, której zakończenia  nie znamy. Gdy czytam ubolewania o braku jedności w działaniu wojskowych emerytów i konfrontuję to z dialogiem pod rękę z Temidą, to jest dla mnie wszystko zrozumiałe. Jest to jedyny znany mi przypadek pozywania przed oblicze sądu jednego pułkownika przez drugiego.
A może przyczyna tkwi w innym obszarze?

Julian Lewiński