Witam;
Musiałam przeczytać ten artykuł kilka
razy by zrozumieć, że Katynska zbrodnia była ukrywana w Polsce aż
do końca 1989 lat przed obawą od Rosji.
Od przyjaciół Moskali
MAŁGORZATA ZAREMBA, JAN STRĘKOWSKI
|
 |
|
Ta
fotografia pomnika ofiar
zbrodni katyńskiej została wykonana
prawdopodobnie w latach 60. ub. wieku
przez Polaków, którzy tam byli
nielegalnie. Autorzy artykułu dostali ją
od Jacka Arcta, który w latach 70.
jeździł do ZSRR jako chemik w sprawach
zawodowych. Inskrypcja na pomniku
przypisuje zbrodnię Niemcom. |
|
|
|
Jednym z pozytywnych bohaterów
Katynia Andrzeja Wajdy jest sowiecki kapitan Popow, który
zapałał uczuciem do Polki zagrożonej wywózką na Syberię i postanowił
ją ratować, proponując małżeństwo.
W dokumentacji konwojowej wywożonych do Kazachstanu Polaków
z 13 kwietnia 1940 r. zachował się zapisek dowódcy konwoju
o żołnierzu, który zakochał się
w jednej z konwojowanych dziewczyn z transportu, chodził z nią z
wiadrem po wodę, a po przybyciu na stację docelową Mamlutka,
w północnym Kazachstanie, kiedy transport stał na stacji, zabrał ją
nawet do kina. Żołnierz dostał naganę, trafił do aresztu, a potem,
gdy w jego rzeczach znaleziono zdjęcie dziewczyny, zesłano go w
zimniejsze rejony Związku Sowieckiego. Historię tę odkrył w
papierach dotyczących wywózek Aleksander Gurjanow, działacz
moskiewskiego Stowarzyszenia "Memoriał", jeden z tych Rosjan, którzy
zrobili i nadal robią wiele dla odkrycia prawdy o martyrologii
Polaków w stalinowskiej Rosji. Także i dziś, w czasach Putina, są
oni w mniejszości. Ale tym bardziej warto docenić ich odwagę i
wytrwałość.
Katyński rezerwat
W 1987 r. Aleksiej Pamiatnych, astronom, naukowiec, obywatel Związku
Socjalistycznych Republik Radzieckich, wsiadł na rower i wybrał się
z synem na wycieczkę. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie
cel wycieczki. Otóż Pamiatnych i jego syn przejechali na rowerach
350 km, aby dostać się do Katynia i obejrzeć napis na stojącym tam
pomniku poświęconym zamordowanym polskim oficerom.
Na miejscu z informacyjnych tablic wyczytali, iż teren lasu
katyńskiego to rezerwat przyrody i wstęp jest wzbroniony, po czym...
weszli.
Najpierw dotarli do pomnika. Był na nim napis po rosyjsku i po
polsku. Pamiatnych na tyle dobrze znał język polski, aby odnaleźć
rusycyzmy i błędy w polskim tłumaczeniu. M.in. zamiast "oficerom",
widniało "oficeram rozstrzelanym przez hitlerowców w 1941 r.". Kiedy
fotografował kłamliwy napis, zjawiła się wycieczka. Przewodnik
tłumaczył, iż Polaków zamordowali faszyści.
- Nie faszyści, tylko NKWD - przerwał mu Pamiatnych.
I zapadło długie, znaczące milczenie.
Pamiatnych znał prawdę. Wcześniej, podczas pobytów
w Polsce z tytułu zajęć naukowych, przeczytał Zbrodnię katyńską w
świetle dokumentów z przedmową Władysława Andersa i Katyń
1940 Leopolda Jerzewskiego (pseudonim Jerzego Łojka). To właśnie
z tego powodu wybrał się na wycieczkę do Katynia, bo - jak mówi -
chciał coś zrobić.
Obywatel ZSRR, który "chciał coś zrobić" dla odkłamania Katynia,
musiał mieć wiele odwagi i determinacji. Pamiatnychowi nie zabrakło
odwagi ani uporu.
Po powrocie do domu napisał list do komitetu obwodowego partii
komunistycznej w Smoleńsku. Dopytywał się, co to za pomnik stoi w
Katyniu, o którym nie wspomniano w przewodniku, i dlaczego nie ma do
niego swobodnego dostępu. Otrzymał odpowiedź, że dostęp do pomnika
"zostanie przygotowany".
Pisał także do gazet i dzwonił do historyków. Wszyscy bali się
poruszyć sprawę Katynia. Jednak 6 listopada 1988 r. pojawiła się
notatka w Izwiestiach, w której poinformowano, że Rada
Ministrów ZSRR podjęła decyzję o zbudowaniu w Katyniu kompleksu
pamięci.
W notatce dodano znamienną uwagę, iż na Zachodzie twierdzono, jakoby
polskich oficerów rozstrzelało NKWD, ale specjaliści udowodnili, że
zabito ich
z niemieckiej broni.
Pamiatnych nie dał za wygraną. W styczniu 1989 r. opublikował w
Polsce w jeszcze podziemnym piśmie KOS, wraz z polskim
dziennikarzem Stanisławem Remuszką, list do polskich i radzieckich
władz w sprawie Katynia. Po paru miesiącach Moskowskije Nowosti
zaproponowały Pamiatnychowi oraz jego przyjacielowi
z moskiewskiego antystalinowskiego Stowarzyszenia "Memoriał",
biologowi Aleksandrowi Akuliczewowi, napisanie artykułu. Powstał
tekst pt. "Katyń: Potwierdzić lub zaprzeczyć". Redaktor naczelny
Jegor Jakowlew użył fortelu, aby tekst opublikować. Oddał go do
druku, zanim dostał zgodę cenzury. W artykule, który ukazał się 21
maja 1989 r., autorzy domagali się, by historycy zbadali dokumenty i
wskazali winnych zbrodni katyńskiej.
Milczenie na temat Katynia zostało przerwane.
Na wskazanie winnych przez najwyższe władze państwowe ZSRR trzeba
było jeszcze poczekać.
Jak grzech na duszy
Po wojnie próbowano wymazać Katyń z pamięci świata. Ci, którzy
przeciwstawiali się oficjalnej prawdzie, jakoby Katyń był dziełem
faszystów, ginęli bez wieści lub trafiali do więzień. A jednak już w
1942 r. Rosjanie z okolic Smoleńska poinformowali polskich
pracowników przymusowych zatrudnionych w niemieckiej organizacji
"Todt" o istnieniu w lesie katyńskim zbiorowych grobów naszych
rodaków. Mieszkający koło Kozich Gór chłop
o nazwisku Kisielow (imię: Parfijen lub Parfemon) wskazał
Niemcom położenie grobów, zwierzając się innemu świadkowi zbrodni na
Polakach, Iwanowi Kriwoziercewowi, iż to, że zostali oni
pomordowani, "leży jak grzech na duszy".
Po przejęciu okolic Smoleńska przez Sowietów (wrzesień 1943 r.)
Kisielow w obawie o życie odwołał zeznania, stwierdzając, że do
złożenia ich został zmuszony przez Niemców. Natomiast Kriwozercew,
który w 1940 r. obserwował transporty Polaków wiezione do lasku
katyńskiego i jako pierwszy zawiadomił Niemców o losie polskich
oficerów, uciekł na Zachód, co jednak nie uratowało mu życia. W 1945
r. zgłosił władzom sojuszniczym, iż jest świadkiem zbrodni
katyńskiej i omal nie został wydany Rosjanom. Kierowany strachem o
życie, przybrał pseudonim i jako Michał Łoboda wyjechał do Włoch, a
następnie do Wielkiej Brytanii. Jednak nie zachował ostrożności i
wielokrotnie opowiadał, iż jest świadkiem ohydnej zbrodni. W 1947 r.
zniknął bez śladu. Władze brytyjskie dopiero w 1952 r. zdobyły się
na wyjaśnienie jego losów. Z informacji wynikało, iż ciało
Kriwoziercewa znaleziono 30 października 1947 r. Choć stwierdzono,
iż popełnił samobójstwo, przyczyna jego śmierci budzi wiele
wątpliwości. Świadek zbrodni katyńskiej zamilkł na zawsze.
W Rosji nie wolno było mówić ani pamiętać o Katyniu. Burmistrza
Smoleńska Borysa Mieńszagina, który
w książce wspomnieniowej pisał o Katyniu, skazano na 25 lat.
Świadkowie zbrodni, którzy nie uciekli przed Armią Czerwoną z
terenów Smoleńska, zostali wtrąceni do więzienia. Na 25 lat skazano
leśniczego z lasu katyńskiego Iwana Andrejewa, który zgodnie z
prawdą wskazał sprawców mordu. Siedział we Władymirze w zupełnej
izolacji, wielokrotnie nakłaniano go, by odwołał zeznania. Do
więzienia trafiła też jego żona oraz żołnierze z kordonu strzegącego
dostępu do lasu katyńskiego podczas przeprowadzania tam egzekucji.
Byli to Magiszew
i Medżidow. Światosław Karawański - ukraiński działacz
niepodległościowy - w 1967 r. znalazł się w tym samym więzieniu, do
którego wcześniej wtrącono Mieńszagina,
i na jego prośbę sporządził w jego imieniu odezwę do
Międzynarodowego Czerwonego Krzyża. Wg innej wersji, pochodzącej od
samego Karawańskiego,
w więzieniu tym siedzieć miał także Andrejew, a on dowiedziawszy się
od innych więźniów o jego losie spisał to, co leśniczy powiedział im
na temat Katynia. Chociaż notatki zaszyfrował, zostały odszyfrowane
i Karawański, który przesiedział już w łagrach i więzieniach 20 lat,
dostał dodatkowo 10 lat właśnie za poszukiwanie prawdy o Katyniu.
Już na emigracji powiedział, iż tego nie żałuje, bo bronił
sprawiedliwości.
Karawański nie był jedynym działaczem opozycji poszukującym prawdy.
Dysydenci, którzy pojawili się
w ZSRR w latach 60. ub. wieku, systematycznie przypominali władzy i
światu o zbrodni katyńskiej. Byli wśród nich: Władimir Bukowski,
Władimir Maksimow, Gabriel Superfin, Natalia Gorbaniewska. Z tego
powodu m.in. Superfin i Bukowski zostali uwięzieni. Co ciekawe,
Superfin o Katyniu dowiedział się od Karawańskiego. Pod koniec lat
60., ale w polskim więzieniu, przesiedział 3 lata "za Katyń"
rosyjski Żyd, nauczyciel rosyjskiego
w Radomiu Lew Nikulin. W liście do brata - przejętym przez KGB -
napisał, że Rosjanie powinni zapłacić odszkodowania rodzinom ofiar.
W kwietniu 1980 r. w oświadczeniu zatytułowanym "Obejrzyj się ze
skruchą", podpisanym przez 28 sowieckich dysydentów-emigrantów,
czytamy: "Nikt z nas nigdy nie zapomni o tej odpowiedzialności, jaką
nasz kraj ponosi za zbrodnię popełnioną przez jego oficjalnych
przedstawicieli w Katyniu". Jedna z sygnatariuszek oświadczenia,
Natalia Gorbaniewska, wyznała, że zajęła się poszukiwaniem prawdy o
Katyniu, ponieważ czuła "palące [...] poczucie osobistej winy
historycznej". Nie była jedyna, coraz więcej Rosjan niezwiązanych
z opozycją zajmowało się odkłamywaniem katyńskiej historii. Byli
wśród nich historycy, jak Inessa Jażborowska, Natalia Lebiediewa,
Walentina Parsadanowa, Jurij Zoria, byli działacze "Memoriału",
dziennikarze, potem również prokuratorzy wojskowi, funkcjonariusze
KGB i członkowie partii komunistycznej.
Nielegalna ekshumacja
W latach 1987-89 pracowała dwustronna komisja historyków PRL i ZSRR
powołana do badania białych plam w historii stosunków
polsko-sowieckich. Jednak dla nas, Polaków, najważniejsze są
prywatne inicjatywy różnych ludzi, którzy uważali, że prawda powinna
ujrzeć światło dzienne. W tym czasie, mimo tzw. głasnosti,
mówienie o Katyniu w Rosji nadal wymagało odwagi
i groziło przykrymi konsekwencjami. A jednak lawina ruszyła. Jeszcze
w kwietniu 1988 r. dziennikarz i historyk, autor książki Katyński
labirynt (Moskwa 1991) Władimir Abarinow, po raz pierwszy
w prasie radzieckiej, relacjonując spotkanie filmowców polskich i
radzieckich, zamieścił w Litieraturnoj Gazietie wypowiedzi
zawierające prawdę o Katyniu, a w maju opublikował list
enkawudzisty, oficera 136. Batalionu Wojsk Konwojowych, prowadzącego
konwoje z Kozielska do Katynia wiosną 1940 r. Numer batalionu okazał
się kluczowy dla badań Natalii Lebiediewej nad Katyniem. W 1989 r.
ukazał się wspomniany wyżej artykuł Pamiatnycha i Akuliczewa,
następnie w moskiewskim tygodniku Echo Planety artykuł
Grigorija Polegajewa i w Moskowskich Nowostiach obszerny
materiał Gennadija Żaworonkowa pt. "O czym milczy Las Katyński", w
którym przytoczono zeznania żyjących świadków zbrodni. Z powodu tego
artykułu KGB domagało się wyrzucenia Żaworonkowa
z pracy w gazecie.
Warto poświęcić kilka słów temu zmarłemu w 2006 r. dziennikarzowi.
Żaworonkow był autorem pewnego chwalebnego oszustwa. Otóż oburzony
tym, iż prokuratura ignoruje apele o zajęcie się sprawą masowych
grobów pod Charkowem, pokazał jej fałszywe zdjęcie ręki wystającej
spod ziemi. Poinformował, że podobne fotografie mają już
korespondenci zachodni, więc sprawa nie ucichnie i lepiej się nią
zająć. I śledztwo przyspieszono.
We wrześniu 1989 r., na 2 lata przed ekshumacją ciał oficerów,
pięciu działaczy "Memoriału" z Tweru (wśród nich był jeden
archeolog, co ułatwiło zadanie) potajemnie zrobiło wykopy na terenie
rekreacyjnym KGB
w Miednoje, udowadniając, iż właśnie tam pogrzebano zamordowanych w
Twerze Polaków. A działacze "Memoriału" z Moskwy na wystawie
poświęconej 50-leciu paktu Ribbentrop-Mołotow pokazali przemycone z
Polski materiały na temat Katynia.
Wśród najbardziej aktywnych Rosjan poszukujących prawdy o Katyniu
znalazł się - co dla Polaków wciąż jest szokujące - funkcjonariusz
KGB Oleg Zakirow, major zarządu KGB w Smoleńsku. Drogo zapłacił za
dociekanie prawdy. Najpierw stracił zajmowane stanowisko, potem
został wyrzucony z pracy na rok przed emeryturą. Prześladowany -
dwukrotnie usiłowano go zabić - wyemigrował do Polski. Zakirow -
wbrew zakazowi, jaki otrzymał od władz - prowadził własne śledztwo,
odnalazł
i przesłuchał świadków i uczestników zbrodni, zgromadził zeznania
potwierdzone ich podpisami, a wyniki śledztwa udostępnił prasie,
radiu i ówczesnemu polskiemu konsulowi generalnemu w Moskwie.
Świadkowie zbrodni katyńskiej już nie żyją, ale m.in. dzięki
Zakirowowi mamy ich zeznania - a to jest nie do przecenienia.
Cudownie odnaleziona uchwała
W 1989 r. kilku historyków dokonało tego samego odkrycia: w
odnalezionych dokumentach stwierdzili zbieżność nazwisk i ich
kolejności między wykazami jeńców wysłanych wiosną 1940 r. z obozu w
Kozielsku do dyspozycji NKWD obwodu smoleńskiego
a niemieckimi wykazami ekshumacji z 1943 r. Odkrycia dokonali
niezależnie od siebie: Jurij Zoria, Natalia Lebiediewa, Walentyna
Parsadanowa i inni. Zoria - historyk wojskowy - był osobiście
"zamieszany" w sprawę Katynia. Jego ojciec, Nikołaj Zoria, w 1946 r.
był asystentem głównego oskarżyciela z ramienia ZSRR na procesie
norymberskim. Zorientował się, że oskarżenie Niemców o zbrodnię
katyńską nie ma podstaw i nie chcąc brać udziału w oszustwie,
poprosił o oddelegowanie do Moskwy. W maju 1946 r. znaleziono go
martwego.
Te i inne działania prawych Rosjan, a także odkrycie dokonane przez
wyżej wymienionych historyków były wsparciem dla tych polityków,
którzy postanowili wyjawić prawdę. Byli wśród nich Aleksander
Jakowlew - członek Biura Politycznego KC KPZR, który naciskał na
Gorbaczowa, by ujawnić dokumenty katyńskie i m.in. dzięki niemu
historykom rosyjskim udostępniono dokumenty i dano możliwość
publikacji wyników ich badań. Walentin Falin - kierownik Wydziału
Zagranicznego KC KPZR, Eduard Szewardnadze - minister spraw
zagranicznych, Władimir Kriuczkow - przewodniczący Komitetu
Bezpieczeństwa Państwa (KGB), którzy w lutym 1990 r. sugerowali
Michaiłowi Gorbaczowowi powiedzenie prawdy dla dobra stosunków
polsko-radzieckich. Nie można też nie docenić roli samego
Gorbaczowa, dzięki któremu specjalna grupa śledcza Głównej
Prokuratury Wojskowej, powołana w 1990 r., rozpoczęła prace i przede
wszystkim Borysa Jelcyna, który zdecydował o opublikowaniu i
przekazaniu Polsce 14 października 1992 r. najważniejszego dokumentu
- uchwały Biura Politycznego KC WKP(b) z 5 marca 1940 r. o
rozstrzelaniu polskich oficerów. A także Siergieja Stankiewicza -
doradcy Jelcyna do spraw politycznych, który pomógł w czasie puczu
Janajewa (próby przewrotu państwowego w Moskwie, w sierpniu 1991 r.)
zachować grupę śledczą i później ją wspierał.
Pozytywną rolę w wyjaśnianiu prawdy odegrali także prokuratorzy
wojskowi prowadzący śledztwo: płk Aleksander Tretiecki (dziś
generał) - kierownik grupy śledczej Głównej Prokuratury Wojskowej,
który nawet w czasie puczu nie zgodził się na przerwanie śledztwa
i prowadził je bardzo rzetelnie, oraz Anatolij Jabłokow - następca
Tretieckiego, odsunięty od sprawy i wydalony ze służby za to, że
sporządził projekt uzasadnienia zakończenia śledztwa zgodny z
oczekiwaniami strony polskiej, uznający zbrodnię katyńską za
zbrodnię ludobójstwa, podczas gdy władze Rosji zakwalifikowały ją
jako zwykły mord kryminalny (co za tym idzie, uznały za przestępstwo
przedawnione wg sowieckiego kodeksu karnego), a także nieżyjący już
Stiepan Radziewicz, Siergiej Szałamajew i Władimir Granionow.
Nie ulega wątpliwości, że to dzięki Rosjanom dopominającym się o
prawdę 14 kwietnia 1990 r. ukazał się historyczny komunikat TASS,
oskarżający NKWD
o rozstrzelanie oficerów polskich w Katyniu. W latach 1991-92
specjalnej polsko-rosyjskiej grupie śledczej udało się przesłuchać w
charakterze świadków byłych wysokich funkcjonariuszy NKWD. I
wreszcie w październiku 1992 r. uchwała Biura Politycznego KC WKP(b)
z 5 marca 1940 r. nakazująca zgładzenie polskich jeńców wojennych
została, jak żartują Rosjanie, "cudownie odnaleziona". Cud wydarzył
się m.in. dlatego, że jeden z krnąbrnych dziennikarzy, Jurij Orlik,
ogłosił
w Izwiestiach to, o czym mówili historycy, a wysocy
funkcjonariusze władzy wiedzieli od dawna - że dokument ten znajduje
się w archiwum prezydenta ZSRR.
Śledztwo w sprawie zbrodni katyńskiej (polskie rozpoczęło się w 2004
r.) wciąż nie znalazło finału. Władze rosyjskie nie chcą uznać jej
za nieprzedawnianą zbrodnię ludobójstwa i utrudniają prace polskim
prokuratorom, np. utajniając dokumenty, które wcześniej zostały
odtajnione. Działacze "Memoriału" w imieniu rodzin oficerów oraz
innych jeńców walczą z władzą na drodze prawnej
o rehabilitację zamordowanych i nie zamierzają się poddać. Dawni
dysydenci potępiają Putina i wciąż przypominają prawdę. A inni, jak
matematyk Jurij Krasilnikow, twórca strony internetowej poświęconej
Katyniowi, starają się "coś zrobić" i cierpliwie tłumaczą Rosjanom,
jak było naprawdę.
Goebbels miał nadzieję, że zbrodnia katyńska na zawsze poróżni
Rosjan i Polaków. Jednak nie wziął pod uwagę,
iż wśród Rosjan znajdą się przyzwoici ludzie, którym Polacy winni
będą szacunek.
Krystyna
Styrna