Musztrą
i wuefem wojny nie wygramy
Generał broni Waldemar
Skrzypczak
Przy okazji opisywania i o(b)mawiania katastrofy
smoleńskiej, pojawiły się informacje o braku dyscypliny w Siłach
Powietrznych i że winien temu jest śp. gen. Andrzej Błasik. To chyba
jedna z najbardziej awanturniczych teorii, jaką ostatnio słyszałem.
Nie trzeba być filozofem, by zgadnąć, że szuka się winnego tego, co
narastało w Siłach Powietrznych przez wiele lat. Winny jest gen. Błasik,
który nie stanie dziś w szranki z oszczercami. Przypomnę tylko
głównodowodzącym, że fenomen gen. Błasika zawdzięczamy generałom Sił
Powietrznych, którzy go promowali. Nagle ci Panowie stracili pamięć? To
typowe dla klakierów.
Każdy żołnierz, który zaszedł wysoko w hierarchii wojskowej, zawdzięcza
to w znacznej części swoim przełożonym. Ja również. I sam także starałem
się promować najlepszych z najlepszych. Zatem teraz, kiedy sprawa
smoleńskiej katastrofy jeszcze się nie zakończyła, nie oskarżajmy
kolegów. Zostawmy to wymiarowi sprawiedliwości.
Natomiast zadajmy sobie pytanie, czy zaniedbana dyscyplina faktycznie
winna jest tej katastrofie. Zauważyłem, że od około 2003 roku w Sztabie
Generalnym WP modne stało się obwinianie dowódców Rodzajów Sił Zbrojnych
o brak właściwego kierowania podwładnymi. Jako młody generał w SG WP
byłem świadkiem nagonki na tych dowódców. Znam takich, którzy
prześcigali się w pomysłach, ku utrapieniu armii, aby tylko przypodobać
się politykom. Warto, aby któryś z historyków to zbadał - są dokumenty i
świadkowie.
W efekcie dowódcy, zamiast zajmować się dowodzeniem, zajmowali się
obroną własną. Tłumaczeniem się za szeregowego, który miał fantazje
pobić np. policjanta. Od dowódcy szczebla strategicznego żądano wiedzy,
dlaczego ten szeregowy to zrobił. I wyjaśnienia, dlaczego temu nie
zapobiegł. Nieważne były wyniki ćwiczeń operacyjnych, tego, że NATO
ocenia je dobrze. Ważne było przypięcie łatki za pijanego szeregowca. To
się nadaje na dobrą książkę.
Przypomnę też, że na początku roku 2000 modna stała się w armii tzw.
humanizacja w WP. My, młodzi dowódcy, nazywaliśmy to „kumanizacją”.
Kazano nam bowiem traktować żołnierzy jak przyjaciół, ”kumać” się z
nimi. Wmawiano, że trzeba zerwać w armii z postpeerelowskim brakiem
szacunku dla żołnierza, brakiem demokratycznych zasad w dowodzeniu.
Klnę się na Boga, ja tego nie wymyśliłem. Starałem się zawsze szanować
żołnierzy. Na poligonach byłem z nimi w jednym czołgu. Zimą spaliśmy na
czołgu pod jednym brezentem, bo tak było cieplej. Jadałem z nimi w lesie
pod drzewem. Staliśmy razem obok siebie dniami i nocami na strzelnicach
i pasach taktycznych. W deszczu i słocie. Na mrozie i w słońcu. Znałem
ich troski i bóle. I jakoś na wyżynach urzędniczych w armii nie mogę
dostrzec tych, którzy dzielili podobny los.
Kto wówczas był u steru w MON? Nie tylko obecni doradcy ministra Obrony
Narodowej. I teraz ci wszyscy panowie mówią - w kontekście katastrof
lotniczych - że w armii nie ma dyscypliny. Może rozliczmy teraz ich za
to, co zrobili i jak to wówczas „spieprzyli”?
Szczególnie w Wojskach Lądowych armia jest dziś mentalnie inna. To
wojsko wojenne, po „przejściach”. I czas aby niektórzy sztabowcy
przestali udawać, że musztra jest panaceum na choroby armii. Czas się
ocknąć. Bo sprawdzeni bojowo żołnierze potrzebują autorytetów, niee
trzeba ich pędzić jak… tylko po to, aby ich zająć czymkolwiek. Pamiętam,
jako podchorąży, bezmyślne „tupanie w rytm” bębna w ramach tzw. musztry
paradnej. To dopiero była „ogłupialnia”. Ale to był rok 1978.
Żołnierze-weterani każdego nieudacznika odrzucą. Co więcej, wśród ich
przełożonych nie może być ludzi zlustrowanych jako donosiciele. A w
armii, o zgrozo, okazuje się, że są tacy jeszcze.
Warto, aby elity wojskowe zaczęły rozumieć, że nie mają dziś żołnierza
rodem z 1978 roku. I że musztra, śpiew i wuef nie są dla armii
zbawieniem.
Waldemar Skrzypczak
|
|