O jaką integrację tu chodzi?

 

W jednej z gazet związkowych, którego treści mocno wiążą się z woj-skiem, pan ZR postanowił zaapelować  do uczuć i umysłów emerytów wojskowych, przekonując nieliczną zresztą rzeszę swoich czytelników
o konieczności integracji żołnierskiej wspólnoty. Zdaniem autora, integracja i współdziałanie są  ogromnie ważną sprawą w życiu  wszystkich  związków i organizacji żołnierskich. Dalej pan ZR, jakby przez zapomnienie skupia się jedynie na dwóch najbliższych swojemu sercu związkach. Wszyscy zapewne wiedzą o jakie to związki chodzi, bowiem siedzibę maję na tym samym korytarzu i sponsorowane są przez tego samego mocodawcę.

 Pozostałe związki i stowarzyszenia  emerytów wojskowych stanowią dla niego jedynie tło, do przeprowadzenia własnych rozważań. Oczywiście,  myślą przewodnią jest postulat utworzenia jednego związku, który połączyłby rezerwistów pod jednym dachem. Sam temat, jak każdy inny może być tematem dyskusji, zwłaszcza w sytuacji, gdy w tej gazecie polemicznych artykułów trzeba ze świecą szukać. Dla autora mnogość związków i stowarzyszeń rezerwistów wojskowych tym bardziej trudna jest do zrozumienia, że był on zapewne jednym z tych, co ten jedyny związek utworzyli, nadali mu kształt i sprecyzowali cele. Inne co prawda były wówczas czasy, ale łza się w oku kręci i co pewien czas ożywają marzenia.

Przyszłość jest zapewne w decyzjach tych związków i nie jest moim zmartwieniem, kiedy i czy w ogóle to nastąpi. Zatrzymam się jednak nad pewnymi sprawami, które przy tej okazji wymagają wyartykułowania.

Po pierwsze, jeżeli daje się zauważyć wielość organizacyjną
w środowisku emerytów wojskowych, to należałoby wskazać również źródła, przyczyny i ewentualnych autorów tego rozdrobnienia. Nawołując do łączenia się, należałoby zgodzić się z tym, że do usamodzielniania się określonych środowisk żołnierskich  przyczyniła się słaba działalność największego związku żołnierzy rezerwy, w którym oprócz długiej nazwy
i stylu wypracowanego jeszcze  przy jego tworzeniu w poprzedniej epoce, nic godnego nie można zauważyć. Żołnierze rezerwy nie akceptują tego wszystkiego i w wyrazie dezaprobaty organizują się pod różnymi sztandarami i emblematami mając poczucie spełnienia własnych potrzeb
i aspiracji. Szkoda, że autorowi zabrakło odwagi dla odniesienia się do tego problemu. Jeżeli nawet te ulubione dwa związki pana ZR połączą się, to oprócz ilości nie poprawi się jakość działania. Ciążą nad nimi bowiem, podobne przyczyny uniemożliwiające im uzyskanie wiarygodności w oczach rezerwistów.

Po drugie, zamiast referatowych zwrotów lepiej byłoby zejść na ziemię
i zastanowić się nad prozą emeryckiego życia oraz poszukać przyczyn słabości w działaniu największego związku. Czas też najwyższy zaprzestać ciągłego powoływania się na przeszłościowe rodowody
i sugerować wszystkim, że spoiwem wojskowych emerytów jest służba ojczyźnie w przeszłości. Bowiem ta służba była różna, a jej szczegóły ciągle wymagają wyjaśnienia.

Po trzecie, jeżeli w przyszłości ma dojść do połączenia związków
i stowarzyszeń żołnierzy rezerwy, to dobrze byłoby wiedzieć, jaka to będzie treść tego spoiwa integrującego rezerwistów. Zanim zaczniemy walkę
o honor naszej organizacji, to dobrze byłoby przyznać się do fałszowania historii. Trudno przejść do porządku dziennego lub też dalej brnąć
w dotychczasowych zakłamaniach. Czego zdaniem pana ZR mam bronić?

Czy dalej przekonywać wszystkich, że 17 września 1939 roku nie było agresji ZSRR na Polskę, a jedynie udzielanie pomocy bratnim narodom Białorusi i Ukrainy? Czy nie było Katynia i wywózki Polaków do odległych krańców Kazachstanu i Syberii? Czy dalej mamy powtarzać tę bzdurę, że bitwa pod Lenino była wielkim zwycięstwem polskiego żołnierza, a ogromne straty były jedynie wynikiem silnego oporu przeciwnika? Czy dalej mamy uzasadniać, że nie było możliwości udzielenia pomocy walczącym powstańcom w Warszawie w 1944 roku? Czy w nowym związku polski orzeł ma być w dalszym ciągu pozbawiony korony, a sztandary związkowe mają różnić się od żołnierskich? Czy autor tych rozważań widzi  przyszły związek na obraz i podobieństwo swoich dwóch związków?

Jakiego to honoru mamy bronić? Przestańmy wreszcie zaciemniać i pod jeden wspólny mianownik brać wszystkich żołnierzy, którzy służyli w latach 1943- 1989. Był to trudny czas, ale byli wówczas ci, którzy autentycznie służyli Polsce, ale byli i tacy, którzy zadbali, by w tej służbie było zbyt wiele fałszu, kłamstwa, bezprawia i niegodziwości. Nie można tego wszystkiego zamieść pod wspólny dywan.

Dlatego istotne jest to, jaka to ma być ta oferta programowa dla wspólnego działania. Jeżeli pan ZR wyobraża sobie, że to ma być wypadkowy program tych dwóch związków, to trudno oczekiwać entuzjastycznych reakcji. Zapewne nie przeszkodzi to połączeniu tych dwóch związków, bowiem dzisiaj, one niczym nie różnią się, a aktywny udział autora wskazuje, że finał jest bliski.

Prawdą jest, że inne związki i stowarzyszenia, zwłaszcza nie mający wsparcia finansowego odczuwają  trudności w działaniu, co jednak nie oznacza, że brakuje im odwagi w wypowiadaniu się w sprawach wspólnoty żołnierskiej. Mimo, że nie posiadają własnej gazety, znajdują sposoby wypowiadania się  i zdecydowanej obrony interesów emerytów wojskowych. Ich członkowie nie muszą jednak przemilczać pewnych okresów
w życiorysach, a mówiąc o historycznej prawdzie przedstawiają ją otwartym tekstem. Zabierając głos zwolnieni są z obowiązku konsultowania swoich wypowiedzi ze sponsorem i cenzorem w jednej osobie.

Niech więc pan ZR dalej sobie pisze, łączy się i walczy o swoją „prawdę historyczną”, ale inne kluby i stowarzyszenia niech zostawi w spokoju. A swoją drogą, jest jeszcze czas na przypomnienie sobie prawdziwych wydarzeń, jakie miały miejsce w czasie ostatniej wojny na szlakach bojowych naszych wojsk idących ze wschodu. Bowiem to „dzięki” kłamstwom i z przemilczeniom, do jednego worka wrzucono polityczną otoczkę z wysiłkiem i stratami żołnierskimi. Sądzę, że pan ZR doskonale zdaje sobie sprawę o rozmiarze tych fałszerstw, do których mógł i sam też się przyczynić.
 

Franciszek Turbacz