|
Pierwsze ciosy Generał Piotr Makarewicz W ubiegłym tygodniu nowy minister obrony narodowej Tomasz Siemoniak podjął pierwsze decyzje. Ogłosił je w czasie specjalnej konferencji prasowej w towarzystwie samego premiera Tuska. To towarzystwo powoduje, że kusi mnie pytanie: czyje tak naprawdę są owe decyzje, ministra czy premiera. Premiera Tuska pamiętam jako zagorzałego obrońcę poprzedniego ministra, Bogdana Klicha. Zdecydowanie odrzucał wszelkie zarzuty jakie opozycja stawiała panu Klichowi wynosząc pod przysłowiowe niebiosa jego zasługi.
Jakie to były „zasługi” to 29 lipca pokazał w końcu całej Polsce raport komisji Millera. Są oczywiście w naszym kraju ludzie, których ten raport specjalnie nie dziwi, co najwyżej spowodował lekkie uniesienia brwi z powodu skali rozkładu 36 spec pułku i Sił Powietrznych, ale tych pan Klich zawsze lekceważył mówiąc, że jakakolwiek krytyka to albo przejaw złej woli, albo niekompetencji. Teraz premier wspiera rozpaczliwe i gwałtowne wysiłki jego następcy, aby ratować twarz partii, mocno nadszarpniętą wymową raportu. No cóż, polityka. Najważniejszą „ofiarą” czwartkowej czystki był sekretarz stanu w ministerstwie, Czesław Piątas – obok pana Klicha drugi po bogu w sprawach profesjonalizacji. Myślę, że nareszcie i Siły Zbrojne i Ministerstwo Obrony Narodowej ostatecznie uwolniło się od tego człowieka i więcej nie będzie miał on wpływu na sprawy wojska i obronności w ogóle. Kolejnym celem był dyrektor generalny ministerstwa Jacek Olbrycht (wcześniej od czerwca 2006 do lipca 2007 dyrektor Departamentu Kadr i Szkolnictwa Wojskowego) – nie znam człowieka, a więc po prostu powiem: trafiony – zatopiony. Kolejna ofiara to dyrektor Departamentu Kontroli Andrzej Baran. Pomimo, że znam tego oficera z czasów wspólnej służby, jakoś trudno mi wykrzesać odruch żalu. W końcu marca 2006 roku przekazywałem sprawnie działający departament gen. dyw. Andrzejowi Baranowi – szefowi szkolenia Wojsk Lądowych. Mam do niego pretensje o to, że trwał na stanowisku, gdy ten departament stopniowo rozmontowywano. Z 65 oficerów, których miał departament jeszcze w pierwszej połowie 2006 roku, ostało się w etacie ledwie kilkunastu, a na ich miejsce „powpychano” jakichś cywili. Tym samym departament utracił zdolność do rzetelnej oceny zdolności operacyjnej jednostek i do oceny poziomu wyszkolenia wojsk. Gen. Baranowi to nie przeszkadzało i pewnie ta spolegliwość wobec ministra spowodowała, że w 2009 roku, gdy generał został przeniesiony w stan spoczynku, minister Klich „zatrudnił” tego emeryta wojskowego na stanowisku … dyrektora Departamentu Kontroli. Pobierać emeryturę generała dywizji i pensję dyrektora departamentu każdy by chciał. Chciał i pan Baran, dlatego nie jeździły do jednostek inspekcje, żeby nie martwić niskimi ocenami pryncypała. Nie pojechała też żadna inspekcja ani kontrola za rządów generała/pana Barana, to jest od kwietnia 2006 roku do kwietnia 2010 roku, do 36 specjalnego pułku lotnictwa transportowego, a tam „hulaj dusza, piekła nie ma” – to co się działo pokazał dopiero raport komisji Millera. Minister Klich zaś mówił potem, że o niczym nie wiedział. Nie wiedział, bo nie chciał wiedzieć i nie zarządzał inspekcji i kontroli. W takiej sytuacji pan dyrektor Baran nie chciał się oczywiście wychylać i tracić połowy dochodów, więc siedział cicho, a tam ginęli ludzie. Kończ więc Waść dyrektorze i wstydu oszczędź! Oddzielny akapit poświęcę mojemu głównemu faworytowi do odejścia ze stanowiska, a mianowicie generałowi dywizji (o rany, kto dał mu ten stopień?) Anatolowi Czabanowi, asystentowi szefa Sztabu Generalnego WP ds. Sił Powietrznych, a wcześniej szefowi szkolenia Sił Powietrznych. Szefem szkolenia Sił Powietrznych gen. Czaban był od 1. lipca 2007 roku, a więc wszystkie katastrofy lotnicze wydarzyły się w czasie gdy on właśnie odpowiadał za wyszkolenie pilotów. Pan generał gdyby był człowiekiem honoru to już po katastrofie CASY powinien strzelić sobie w łeb albo podać się do dymisji. Trwał na stanowisku nadal i po katastrofie smoleńskiej również ani o strzelaniu, ani o odchodzeniu z wojska nie było mowy. Mówił natomiast dużo w mediach. Ten pan widocznie sobie ubzdurał, że te katastrofy zrobią z niego jakiegoś celebrytę. To, co mówił było na tyle mało rozsądne (delikatnie mówiąc), że poświęciłem generałowi na moim blogu cały post pod tytułem „Kilka słów generała do generała” napisany 29. kwietnia 2010 roku. Nawet minister Klich widocznie miał dość „mądrości” Anatola Czabana, bo odsunął go od kamer i mikrofonów przenosząc (o zgrozo!) na stanowisko asystenta szefa Sztabu Generalnego WP (stanowisko etatowo równorzędne, ale prestiżowo wyższe). Doprawdy, niezbadane były ścieżki, po których błądziły myśli naszego byłego ministra obrony narodowej, a z wykształcenia lekarza psychiatry. Niemalże do publikacji raportu komisji Millera o gen. Czabanie było stosunkowo cicho, ale tuż przed 29. lipca znalazły go media w Sztabie Generalnym i wtedy ostatecznie się skompromitował jakimiś powiedzonkami o osłach i koniach oraz innymi przypowiastkami. Tak więc dymisja tego generała była dla mnie tak naturalna jak śnieg w zimie, a jednocześnie tak bardzo spóźniona. Kolejny zwolniony ze stanowiska generał dywizji Zbigniew Galec w czasie katastrofy smoleńskiej był dowódcą Centrum Operacji Powietrznych i w raporcie możemy znaleźć kilka odniesień do sposobu zabezpieczenia tego tragicznego lotu przez Centrum. To było prawdopodobnie przyczyną dymisji. Nic dodać, nic ująć. Z pozoru najmniej zrozumiałą decyzją było odwołanie gen. dyw. Leszka Cwojdzińskiego, szefa szkolenia Sił Powietrznych od 2010 roku (przejął to stanowisko po katastrofie TU-154M od gen. Czabana). Gdy jednak przyjrzymy się kim był w przeszłości sprawa staje się jaśniejsza. Gen. Cwojdziński w latach 2005-2007 był szefem Wojsk Lotniczych-zastępcą szefa szkolenia Sił Powietrznych, a więc człowiekiem bezpośrednio odpowiedzialnym za szkolenie pilotów w lotnictwie wojskowym, a w latach 2007-2010 był zastępcą szefa Zarządu Szkolenia Sztabu Generalnego, a więc kreującym i nadzorującym szkolenie w całych Siłach Zbrojnych (w tym w lotnictwie). Jak to szkolenie i nadzór nad nim przez szczeble nadrzędne wyglądały w 36 pułku – wiemy z raportu komisji Millera. Uznaję więc te wymienione dymisje za zasadne. Decyzję o likwidacji pułku rozumiem, bo nie może istnieć jednostka wojskowa, w której nie ma wojska – to znaczy, w której ma się za nic prawo, regulaminy, instrukcje, procedury i rozkazy przełożonych, ale jednocześnie trzeba pamiętać, że ten pułk jest elementem większego systemu. W każdym systemie można wymieniać wadliwe elementy, ale nie usuwać całkowicie, bo przestanie on w ogóle funkcjonować. Pomimo, że rozumiem powyższe decyzje, uważam jednak, że to za mało. Należy naprawiać całe Siły Zbrojne, a nie tylko lotnictwo gdyż nie działają systemy całego wojska takie jak działalność kadrowa, nadzór i kontrola czy stawianie i rozliczanie z zadań oraz wiele innych. Dlatego te decyzje traktuję jako rozpaczliwe próby przekucia klęski, jaką był dla rządzącej partii raport komisji Millera, w sukces i to w obliczu bliskich wyborów. Wygląda to raczej na razie na wymierzanie ciosów na oślep, zamiast na głęboką i przemyślaną sanację armii, gdyż tej nie da się przeprowadzić w kilka miesięcy, a już na pewno nie przed wyborami. Za długo rządzący udawali, że nic w wojsku się nie dzieje.
|