Michał Podobin


 Minister Romuald Szeremietiew

 uniewinniony!
 

Forum Pro Milito od samego początku śledzi ten temat, a wielu użytkowników tej witryny wypowiadało się, dając swój wyraz dezaprobaty dla sposobu traktowania prawa w III RP. Dlatego w czasie gdy sprawa przybiera inny obrót nie powinniśmy zamykać oczu i milczeniem zbywać zmiany sytuacji.

Aby wypowiedź pan ministra R. Szeremietiewa była zrozumiała zwłaszcza dla osób nie zapoznanych ze sprawą celowo jest przypomnieć historię z przed 8 lat.

Przypomnijmy elementarne fakty. W lipcu 2001 roku w dzienniku „Rzeczpospolita” ukazał się artykuł pióra Bertolda Kittla i Anny Marszałek pt. „Kasjer z ministerstwa obrony”, stawiający Romualdowi Szeremietiewowi szereg zarzutów, które dyskwalifikowały go jako człowieka i jako osobę publiczną. Te i następne doniesienia natychmiast zostały nagłośnione przez bodaj wszystkie ogólnokrajowe gazety, radia i telewizje, wskutek czego premier zawiesił oskarżonego wiceministra, prokurator wszczął śledztwo, a fiskus wziął małżeństwo Szeremietiewów pod rentgen i mikroskop. W ciągu następnych tygodni i miesięcy rzekomą aferę wałkowano na wszelkie możliwe sposoby.

Romuald Szeremietiew od początku wskazywał na fałszywość oskarżeń. Udowadniał czarno na białym, że nie zgadzają się podane w „Rzeczpospolitej” fakty, daty i liczby, że przywoływani świadkowie w rzeczywistości nie istnieją, że kluczowe zdarzenia miały inny przebieg, że twierdzenia autorów artykułu są wzajemnie sprzeczne. Ale te argumenty nigdy nie przebiły się do opinii publicznej. Media wydały na Szeremietiewa zbiorowy wyrok, a redaktor Marszałek w nagrodę za swe dokonania została ogłoszona „Dziennikarką Roku”.

Po latach okazuje się, że zarzuty „Rzeczpospolitej” były co do jednego wyssane z palca. Szeremietiew nie brał ani nie dawał łapówek, nie zdradzał tajemnic, nie ustawiał przetargów, nie wydawał więcej niż zarabiał, fundusze na kampanie Wałęsy i AWS zbierał legalnie, a nadto nie kręcił, nie kłamał i nie oszukiwał. Akt oskarżenia rodził się w męczarniach przez trzy lata i zmieniał się jak w kalejdoskopie, podobnie zresztą jak prowadzący tę sprawę prokuratorzy. Z jednych pierwotnych wątków prokuratura sama wycofała, inne umorzyła z braku jakichkolwiek dowodów, jeszcze inne upadają przed sądem. Urząd Skarbowy prawomocnie orzekł, że państwo Szeremietiewowie są majątkowo i podatkowo czyści jak łza. Ale tych wiadomości próżno by szukać w mediach, które przedtem odsądziły Romualda Szeremietiewa od czci i wiary.

Obserwatorzy od dawna nie wątpią, że za tamtą serią artykułów w „Rzeczpospolitej” stały potężne siły i interesy, zresztą nie tylko polskie. Wiceminister Szeremietiew, odpowiadając w MON za największe w historii naszej armii zakupy uzbrojenia, przygotowywał i forsował koncepcje zasadniczo inne niż te, które po jego zdymisjonowaniu zostały zrealizowane. W grę wchodziły kontrakty (m.in. na samolot wielozadaniowy, rakietę przeciwpancerną i kołowy transporter) warte kilka miliardów dolarów. Aby te pieniądze wydać na sprzęt „właściwy”, trzeba było nie tylko odsunąć Szeremietiewa od przetargów, lecz przede wszystkim podważyć jego fachowość i odebrać mu wiarygodność – tak, by jako oczywisty przestępca nie mógł zabierać głosu, alarmować opinii publicznej, dobijać się prawdy. To zadanie zostało wykonane na piątkę z plusem.

I oto  wydarzyło się to , co było oczekiwane przez samego zainteresowanego, ale przede wszystkim wymiar sprawiedliwości przyznał się do bezprawia w polskich sądach. Trzeba tylko zapytać, czy tak długo musiało trwać dochodzenie prawdy.

I oto przychodzi informacja z pierwszej ręki

 

Na pocztę Pro milito wpłynął list

STAŁ SIĘ CUD - PROKURATURA AKCEPTUJE UNIEWINNIENIE!

Kiedy sąd ogłosił wyrok uniewinniający mnie z zarzutów korupcyjnych byłem zaskoczony, że obok tego nałożył na mnie grzywnę 3 tys. zł za rzekome naruszenie ustawy o ochronie informacji niejawnych. Zapowiedziałem złożenie odwołania od tej grzywny. Warunkiem złożenia wniosku było jednak uzasadnienie wyroku na piśmie. A pojawiły się plotki, że sąd będzie „pisał” uzasadnienie do października 2009 r. Na szczęście nie trwało to tak długo. Mogłem więc w połowie lipca złożyć mój wniosek. Dziś dostałem informację, że sąd go przyjął. Czekam na termin rozprawy odwoławczej. Jednocześnie dowiedziałem się, że prokuratura NIE ZŁOŻYŁA ODWOŁANIA OD WYROKU! Jak powiedział jeden z moich znajomych – wreszcie zrobili coś mądrego.

Po doniesieniu ujawniającym tzw. korupcję w MON (art. „Kasjer z MON, „Rzeczpospolita” z 07.07.2001.) został zatrzymany mój współpracownik. Następnie na wniosek ministra obrony Bronisława Komorowskiego zostałem przez premiera Jerzego Buzka 12 lipca odwołany ze stanowiska sekretarza stanu I-go zastępcy ministra ON. Wraz z tym wszczęto postępowania skarbowe i karne dla ustalenia mojego udziału w praktykach korupcyjnych przedstawianych wtedy bardzo szeroko w mediach.

I.  W urzędzie skarbowym w Piasecznie 11 lipca 2001 r. podjęto dwa postępowania:

  • w sprawie określenia zobowiązania podatkowego w podatku dochodowym od osób fizycznych za lata 1996-2000”;
  • oraz sprawdzenia okresu „1999-2000, celem ustalenia wysokości przychodów nie znajdujących pokrycia w ujawnionych źródłach lub pochodzących ze źródeł nie ujawnionych”.

II. W Prokuraturze Apelacyjnej w Warszawie wszczęto dziesięć postępowań (osiem z nich wobec nie ujawnienia czynów sprzecznych z prawem umorzono). W podjętych:

  • 10 listopada 2001 r. przeciwko mnie i dwojgu innym osobom pod zarzutem popełnienie przestępstw o charakterze korupcyjnym z zagrożeniem do 10 lat więzienia. Akt  oskarżenia prokuratura złożyła w sądzie 23 kwietnia 2004 r.;
  • oraz 7 sierpnia 2002 r. przeciwko mnie i mojemu współpracownikowi pod zarzutem przywłaszczenia środków finansowych fundacji z zagrożeniem do 5 lat więzienia. Akt  oskarżenia złożono w sądzie 28.06.2004 r. 

Wynik powyższych postępowań jest następujący:

 

W postępowaniach skarbowych:

  • 4 grudnia 2001 r. urząd skarbowy stwierdził prawidłowość moich zeznań podatkowych i wydał postanowienie o umorzeniu postępowania „z uwagi na jego bezprzedmiotowość”.
  • 26 marca 2002 r. urząd skarbowy umorzył także drugie wszczęte postępowanie po ustaleniu, że moje dochody przeważały nad wydatkami i tym samym „postępowanie w sprawie stało się bezprzedmiotowe”. 

W sprawach karnych:

  • Proces z oskarżenia o korupcję rozpoczął się 21 września 2005 r. W dniu 24 października 2008 sąd ogłosił wyrok uniewinniający, od którego prokuratura nie złożyła odwołania!
  • Proces w sprawie przywłaszczenia pieniędzy fundacji rozpoczął się 30 października 2006 r. Dnia 23 lipca 2009 sąd ogłosił wyrok uniewinniający. 

Ponadto 18 grudnia 2006 r. sąd uniewinnił od zarzutów korupcyjnych aresztowanego w lipcu 2001 r. mojego byłego współpracownika.

 

Zarzuty korupcyjne sformułowane przez dziennikarzy i podjętę tak skwapliwie przez polityków oraz prokuratorów nie znalazły potwierdzenia w postępowaniach skarbowych i w procesach karnych przed sądami. Okazało się, że świadkowie oskarżenia kłamali, dowody były  fałszywe (wadliwa ekspertyza wartości mojego samochodu  - wg  dziennikarzy „tania Lancia”), a oskarżyciele stronniczo i nieprawdziwie interpretowali fakty. I to tyle.

Są jednak sprawcy medialni wywołania tej „afery”, którzy otrzymali prestiżowe nagrody i cieszą się do dziś sławą dociekliwych dziennikarzy śledczych.

PAP informował: „Anna Marszałek z dziennika "Rzeczpospolita" otrzymała nagrodę Grand Press i tytuł dziennikarza roku w konkursie organizowanym przez miesięcznik Press. Nagrodzona dziennikarka otrzymała statuetkę złotej stalówki oraz nagrodę pieniężną w wysokości 10 tysięcy dolarów.” Została też nagrodzona unijnym tytułem “Journalist of the Year”.

Nie gorzej wypada jej przyboczny Bertold Kittel - także zyskał laur Grand Press, dostał też Główną Nagrodę Wolności Słowa SDP i dwa razy nagrody Fundacji Stefana Batorego.

I trzeba przyznać, że oboje zapracowali na te zaszczyty. W archiwum „Rzeczpospolitej” znalazłem 37 tytułów ich tekstów dedykowanych „łapownikowi” Romualdowi Sz. Ostatni „Przez fundację do sądu” (31.03.2006) opisywał jak ukradłem pieniądze fundacji. To druga sprawa w której też zapadł wyrok uniewinniający.

Co na to Rada Etyki Mediów - jest coś takiego!

Koszty postępowań wywołanych „śladem publikacji” dziennikarzy poniesie Skarb Państwa, czyli podatnicy (przypominam lotniczo-morska operacja porwania Farmusa z promu, wyjazd UOP do RPA w celu przesłuchania świadka, kilkuletnia inwigilacja mojej osoby i licznych moich znajomych, sprawdzenie dokumentacji z kilku tysięcy przetargów w MON, liczne tłumaczenia z języków obcych, odzyskiwanie danych komputerowych, no i pensje kilkunastu prokuratorów, trochę większej ilości  funkcjonariuszy UOP, oficerów WSI... można by długo wymieniać). A że przy tej okazji zniszczono życie osobom, których te aferalne zarzuty dotknęły też chyba warto pamiętać.

PS. Ciekawi mnie też jak się czuje autor z naukowym tytułem, przewodniczący Polskiego Towarzystwa Socjologicznego, który ochotniczo dołączył do naganki na mnie, demaskując „aurę korupcji”, gdy „myśliwi” zaczęli polowanie?

RSz

http://new-arch.rp.pl/artykul/345626.html-

Pro Milito-drukuje: przedruk z “Rz”

 

W aurze korupcji

19.07.2001, AK

Politycy - niezależnie od przynależności partyjnej - zadbali o to, by ich interesy i dochody otaczała nieprzenikniona mgła

 

W aurze korupcji

 

 ANDRZEJ KOJDER

 

Nad sprawą zdymisjonowanego niedawno wiceministra obrony i aresztowaniem jego asystenta unosi się aura korupcji sięgającej najwyższych pięter władzy. Wprawdzie nie jest jeszcze całkowicie pewne, czy do niej doszło i na jaką skalę, ale jest to wielce prawdopodobne.

 

Symptomatyczna jest obrona, jaką w pierwszych dniach po dymisji podjął były wiceminister. Powiada on mianowicie, że jeśli w kierowanej przez niego części MON doszło do jakichś nieprawidłowości, to nie on jako zwierzchnik jest odpowiedzialny, lecz zewnętrzni kontrolerzy - w tym wypadku Wojskowe Służby Informacyjne. To one "nie wykonały należycie swych obowiązków" - uważa Romuald Szeremietiew.

 

Taka argumentacja przypomina tłumaczenie rabusia, który winą za dokonaną kradzież obarcza kiepskie zamki w drzwiach oraz domowników śpiących zbyt mocnym snem.

 

Dziedzictwo PRL

 

Niezależnie od tego, w jakim stopniu potwierdzą się podejrzenia o korupcji w MON i w innych ministerstwach (z Ministerstwem Łączności na czele), już teraz widać, że powoli odsłania się wierzchołek góry lodowej, jaką w Polsce jest korupcja polityczna. Istotnym jej źródłem jest odziedziczone po PRL (i rozbudowane w RP) prawo przyznawania i udzielania przez ministerstwa i urzędy centralne rozmaitych dotacji, zezwoleń, koncesji, uznaniowych ulg, limitów, zwolnień oraz ustanawianie kontyngentów. Ta rozległa sfera uznaniowości, dowolności i nadmiaru kompetencji, którymi często dysponuje minister, wiceminister, dyrektor czy pojedynczy urzędnik, oddziałuje na kilkadziesiąt gałęzi gospodarki narodowej. Jeśli zaś uzyskanie bardzo dochodowego kontraktu, limitu importowego, inwestycji rządowej czy koncesji zależy od podpisu ministra czy wiceministra, to jest oczywiste, że inwestorzy, importerzy, producenci lub przedsiębiorcy będą o ten podpis wszelkimi sposobami zabiegali. I tak też czynią, a wysocy urzędnicy o zużytym morale łatwo ulegają pokusie szybkiego wzbogacenia się.

 

Rozmiary korupcji w kręgach władzy są szczególnie trudne do oszacowania. Mimo wzniosłej frazeologii, powoływania się na zasady demokracji i reguły państwa prawnego politycy - niezależnie od przynależności partyjnej - zadbali o to, by ich interesy i dochody otaczała nieprzenikniona mgła. Wprawdzie ustawa o wykonywaniu mandatu posła i senatora nakłada na parlamentarzystów obowiązek składania oświadczeń o uzyskanych korzyściach majątkowych i niemajątkowych, ale w praktyce nie jest ona stosowana. Podobnie jest z wprowadzonym ustawowo rejestrem korzyści. Ma on zapobiec wykorzystywaniu funkcji publicznych do uzyskiwania korzyści osobistych, lecz przez większość posłów jest ignorowany, lekceważony lub wprost ośmieszany. Tak np. niedawno mianowany minister sprawiedliwości przez blisko cztery lata nie zauważył, że rejestr istnieje. Minister od służb specjalnych wpisał, że otrzymał od rodziny kilka złotych, a jeden z liderów Prawa i Sprawiedliwości jako uzyskaną korzyść potraktował jazdę służbowym samochodem. Rola rejestru korzyści jest więc w gruncie rzeczy fasadowa i w żadnym razie nie zapewnia przejrzystości publicznych działań parlamentarzystów. Niewiele większe znaczenie ma utworzona w 1997 roku Komisja Etyki Poselskiej.

 

Fikcja przejrzystości

 

Finansowa przejrzystość działalności publicznej jest w dzisiejszej Polsce w znacznej mierze fikcyjna. Ustawa o ograniczeniu działalności gospodarczej przez osoby pełniące funkcje publiczne w istocie nie funkcjonuje. Chociaż obejmuje tysiące osób pełniących te funkcje, począwszy od prezydenta poprzez parlamentarzystów po ministrów, starostów i wójtów, w żaden sposób nie przyczyniła się do ujawnienia przypadków nieuzasadnionego wzbogacenia się. W wielu instytucjach wymóg składania oświadczeń nie jest przestrzegany, w innych nie są one sprawdzane. Według kontroli przeprowadzonej przez NIK w 2000 roku w Kancelarii Premiera 200 pracowników nie złożyło stosownych oświadczeń. Podobną sytuację zastano m.in. w Ministerstwie Sprawiedliwości, Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji, w Ministerstwie Spraw Zagranicznych i w Komitecie Integracji Europejskiej. I co? I nic, mimo że niepodporządkowanie się rygorom ustawy grozi zwolnieniem z pracy, a w wypadku podania fałszywych danych - nawet karą więzienia do 5 lat.

 

Niewątpliwie w sprawie zdymisjonowanego wiceministra obrony byłoby interesujące porównanie jego oświadczeń majątkowych z oświadczeniami podatkowymi, ale formalnie takiej możliwości nie ma, o co zadbali sami politycy, tworząc ułomną ustawę bez odpowiednich przepisów wykonawczych i nieskoordynowaną z innymi regulacjami. Próby zmiany tej pozornie antykorupcyjnej ustawy kończyły się jak dotychczas fiaskiem, co też jest wielce symptomatyczne.

 

Zainfekowanie łapownictwem polskich firm sytuuje nas wśród krajów, w których zjawisko to występuje stosunkowo często, natomiast wysokość udzielanej łapówki należy do najniższych w krajach wschodnioeuropejskich.

 

W strukturze ujawnionych przestępstw korupcyjnych nie nastąpiły wyraźne zmiany. Najczęściej popełniane jest przestępstwo przekupstwa, następnie sprzedajności, nadużywania uprawnień i płatnej protekcji.

 

Zagrożona uczciwość

 

Chociaż parlament, elity polityczne, organizacje rządowe i pozarządowe traktują korupcję i towarzyszącą jej przestępczość zorganizowaną jako najpoważniejsze zagrożenie dla rozwoju społecznego i gospodarczego, to niewiele podejmuje się zdecydowanych działań, aby zjawiskom tym zapobiegać i przeciwdziałać. A przecież nasilająca się korupcja nie tylko narusza zaufanie do prawa i władz państwowych, lecz także podwyższa koszty towarów, usług i transakcji handlowych, powoduje brak poczucia bezpieczeństwa u obywateli, niszczy podstawowe zasady moralne - uczciwość, zaufanie, lojalność i odpowiedzialność - a tym samym podstawową tkankę społeczeństwa obywatelskiego.

 

Nasilająca się korupcja w takich dziedzinach, w których dotychczas występowała tylko sporadycznie, np. w sądownictwie i w szkolnictwie wyższym, uzmysławia, że elementarna uczciwość w życiu publicznym jest coraz bardziej zagrożona, i to z różnych stron. Dlatego też w celu skutecznego przeciwstawienia się korupcji i przestępczości mafijnej niezbędny jest całościowy program zmian prawnych, instytucjonalnych, organizacyjnych i proceduralnych. Należy przeto zreorganizować sądownictwo, prokuraturę i policję, a także zwiększyć nakłady finansowe na ich funkcjonowanie. Tylko konsekwentna realizacja takiego programu zmian instytucjonalnych doprowadzi z czasem do wydatnego ograniczenia przyczyn i mechanizmów podtrzymujących korupcję.

 

Ponieważ wiadomo, że "korupcja rozkwita w ciemności", szczególnie ważna jest jak największa jawność i przejrzystość życia publicznego. W jakimś stopniu służą temu radiowe i internetowe transmisje z obrad Sejmu.

 

Skądinąd jednakże wiemy, że rozmaite doniosłe decyzje zapadają poza salą obrad, w zaciszu gabinetów i w kuluarach, gdzie ani kamera, ani mikrofon, ani dziennikarze nie mają dostępu.

 

Z podjętą reformą prawa, zwłaszcza karnego, można niewątpliwie wiązać większe nadzieje. Za wręczenie lub przyjęcie łapówki grozi obecnie kara od 6 miesięcy do 8 lat więzienia, a przy łapówce znacznej wartości nawet do 12 lat. Wprowadzona została również odpowiedzialność karna za dawanie łapówki funkcjonariuszowi zagranicznemu.

 

Ponadto do przeciwdziałania korupcji może się przyczynić egzekwowanie przepisów od niedawna obowiązującej ustawy o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji, a także ustawy o zamówieniach publicznych oraz ustawy Prawo bankowe.

 

Takim samym celom ma służyć dokonana w latach 1996 - 1998 nowelizacja pakietu tzw. ustaw policyjnych, która ma zapewnić wzrost skuteczności pracy policji i służby bezpieczeństwa. Policji np. zostały ustawowo przyznane uprawnienia do zakupu kontrolowanego, do pracy na etacie niejawnym oraz większa swoboda użycia broni palnej.

 

Obrona dobra publicznego

 

Wiadomo wszakże, że działalność prawotwórcza nie jest jedyną formą oddziaływania na korupcję i przestępczość zorganizowaną. Dokonana w 2000 roku przez Najwyższą Izbę Kontroli ocena skuteczności ustawodawstwa antykorupcyjnego wypadła niezadowalająco. Do najbardziej zagrożonych korupcją obszarów, które powinny zostać objęte szczególnym nadzorem, zostały zaliczone: prywatyzacja, gospodarowanie majątkiem publicznym, działalność funduszy celowych i agencji, działalność służb celnych i administracji skarbowej.

 

Bezpieczeństwo obywateli i porządek publiczny to dziedziny, które od dawna napawają Polaków niepokojem. Wśród niepowodzeń w budowaniu podstaw III Rzeczypospolitej zajmują one, wraz z korupcją, poczesne miejsce. Opracowanie całościowego, międzyśrodowiskowego, ponadpartyjnego programu przeciwdziałania terrorowi kryminalnemu oraz zawiązanie paktu antykorupcyjnego ponad podziałami (politycznymi, ideowymi czy jakimikolwiek innymi) jest więc w Polsce pilną koniecznością i leży w interesie powszechnym. Skoro istnieją jeszcze środowiska i siły społeczne, w których pojęcie i poczucie dobra publicznego nie jest pustym frazesem, należy ten potencjał wykorzystać. Ale aby mogło się to stać, politycy powinni uznać, że nie są ani samowystarczalni, ani nieomylni.

 

Autor jest profesorem Uniwersytetu Warszawskiego, przewodniczącym Polskiego Towarzystwa Socjologicznego

Powiedzmy sobie szczerze na zakończenie. Nieważne, że Romuald Szeremietiew powtarzał, że jest niewinny, a zarzuty korupcji są wyssane z palca. Mógł gadać, co chce, bo media wydały wyrok. Błyskawiczny i bez prawa odwołania. A dziś, gdy sąd oddalił  zarzuty, wypada skromnie milczeć? Spuścić oczy i udawać, że nic się nie stało. Cóż, swoiście rozumiana wolność słowa ma w Polsce swoją cenę. Zaś politycy nie podlegają ochronie.

Michał Podobin                 8.08 2009r