|
W odpowiedzi generałowi Packowi. „ W nawiązaniu do pewnego felietonu” Generał Piotr Makarewicz Z uwagą przeczytałem felieton pt. „Spieszmy się powoli” zamieszczony w „Polsce Zbrojnej” przez generała dywizji Bogusława Packa, radcę Ministra Obrony Narodowej, a wcześniej asystenta szefa Sztabu Generalnego WP ds. wojsk lądowych i specjalnych, a jeszcze wcześniej Komendanta Głównego Żandarmerii Wojskowej. Są to rozważania na temat sposobu wyjścia polskiego kontyngentu wojskowego z Afganistanu po decyzji prezydenta USA o redukcji w 2010 roku ilości wojsk amerykańskich w tym kraju oraz o całkowitym wycofaniu tych wojsk w roku 2014. Gen. Pacek - wzięty felietonista „Polski Zbrojnej”, wyraża jakby żal, że prezydent Obama przed podjęciem takiej decyzji nie skonsultował się ze swoimi generałami, a przede wszystkim z sojusznikami z NATO. Dobrze, że jednocześnie, niejako odpowiada sobie na te wątpliwości pisząc: „ale cóż, sojusz to sojusz, a Ameryka to Ameryka”. W ten sposób chyba trafnie i zwięźle określa znany nie od dzisiaj stosunek USA – członka NATO do pozostałych sojuszników.
Zastanawia mnie jednak w tym felietonie język w jakim gen. Pacek obrazuje przyszłe zakończenie naszej misji. Mówiąc o tym, że to zakończenie nie będzie łatwe, pisze, że wyjście z misji „nie będzie przypominało wyjścia mamusi z pokoju, która pogodziła zwaśnione dzieci i wraca do swoich zajęć”. Mówiąc o tym jak, według niego, będzie ono wyglądało, pisze, że „będziemy raczej jak kowboj, który zaprowadził porządek w saloonie, ale cały czas ma pistolet gotowy do strzału. Wychodzi zwrócony twarzą do sali, bo jak się odwróci na chwilę, może poczuć kulkę albo nóż w plecach”. Czytając te działające na wyobraźnię opisy myślałem początkowo, że felieton był raczej przeznaczony do „Płomyczka” (może ktoś jeszcze takie pismo pamięta), a nie do „Polski Zbrojnej” – bądź co bądź, czasopisma dedykowanego przede wszystkim środowisku wojskowemu lub blisko z wojskiem związanemu. Po radcy ministra obrony, dwugwiazdkowym generale, spodziewałbym się raczej bardziej fachowego języka, nawet w piśmie czytanym również przez cywilnych czytelników. Ciekawe, jakaż to akademia wojskowa nauczyła generała Packa takich sformułowań, którymi opisuje złożoną operację ubezpieczonego odwrotu lub wycofania wojsk. Czyżby poziom profesjonalizmu nowej profesjonalnej armii był na tyle „wysoki”, że taką operację można wyjaśnić środowisku jedynie słowami jakby żywcem zapożyczonymi ze wspomnianego „Płomyczka”?
Czytając owe krotochwilne opisy, zastanawiam się jednak śmiertelnie poważnie nad tym jakie to w końcu cele udało się osiągnąć w Afganistanie, szczególnie po słowach gen. Packa, że „poszliśmy tam w imię sojuszniczej solidarności, a nie po to, żeby rozwiązywać ważne dla nas problemy” (sic!). Jasno więc z tego wynika, że żadnych celów nie osiągnięto. Włączając się jakby w tok myślenia gen. Packa można zatem domniemywać, że gdy już kowboj wyjdzie z tego saloonu i zamknie drzwi, to wewnątrz awantura rozgorzeje na nowo, rozlegną się strzały, poleje się krew i polecą w powietrze noże i kufle. Czy o to chodziło NATO i USA? Czy dla takiego rezultatu w Afganistanie oddało swoje życie ponad dwudziestu polskich żołnierzy, a polski podatnik wydał ciężkie miliardy złotych? Czy swój „sukces” USA i NATO będą mierzyć ilością dni po wyjściu wojsk sojuszniczych, w czasie których uda się jeszcze Hamidowi Karzajowi i jego ekipie zachować władzę i życie? Jeżeli tak, to, moim zdaniem, takie rezultaty operacji afgańskiej zatrzęsą w posadach NATO, jego wiarygodnością i skutecznością.
Panu generałowi Packowi, którego znam osobiście, podsunąłbym inny temat, w którym myślę, że nie musiałby uciekać się do słownictwa rodem z literatury dziecięcej. Ciekaw jestem komentarza gen. Packa, jako byłego Komendanta Głównego Żandarmerii Wojskowej, do faktu, że po przeszło trzech latach śledztwa w sprawie katastrofy CASY, w wyniku której zginęło 20 żołnierzy Sił Powietrznych, jedynym oskarżonym okazał się … porucznik (sic!) Adam B. – kontroler lotów z lotniska w Mirosławcu. Dlaczego tylko on? Prokuratura twierdzi, że porucznik „podawał złe komendy pilotom”, „nie kontrolował samolotu na ścieżce zniżania oraz nie żądał potwierdzenia wysokości, na której znajdowała się CASA”. Wobec tego, gdzie są ci, którzy porucznika tego nauczyli (a raczej – nie nauczyli)? Dlaczego oni nie ponoszą odpowiedzialności? Ten fakt w pełni potwierdza tezy zawarte w moim poście pt. „Wspólna cecha” oraz w moim artykule "To musiało się zdarzyć" w 24. numerze "Przeglądu" , do którego lektury zachęcam gen. Packa, aby lepiej wprowadzić się w temat, choć wiem, że wiele z opisanych tam zdarzeń generał zna z autopsji. PIOTR MAKAREWICZ
|
||