Wojsko (bez) autorytetów       

Gen. broni. w st. spocz. Waldemar Skrzypczak

Od tysięcy lat, tak długo jak istnieją struktury wojskowe, funkcjonuje podział na tych, którzy dowodzą i tych, którzy są dowodzeni. I świętą zasadą jest, że żołnierz musi być dobrze dowodzony. To jego niezbywalne prawo.
Jednak aby to zjawisko zaistniało, musi być spełnionych kilka warunków. Zasadniczym jest zbudowanie silnego korpusu dowódców wszystkich szczebli. Dowódców doskonale wykształconych i wyszkolonych, prawdziwych liderów. Możliwie doświadczonych w boju.
Lecz nawet takie doświadczenie nie jest jeszcze gwarancją bycia dobrym dowódcą. Dowódca musi bowiem nie tylko optymalnie kierować podwładnymi - często musi też dać im przykład osobisty. Zdobyć ich umysły i serca.
Nikt nie rodzi się dowódcą - do tego dochodzi się latami. Poprzez system szkolnictwa wojskowego, służbę w linii, poligony, ćwiczenia, misje bojowe. Miesiące w upale i w mrozie, mnóstwo wyrzeczeń i świadomą rezygnacją z lekkiej służby na „ciepłych stołkach”. Poprzez wzloty i upadki, sukcesy i niepowodzenia.
Oto szlak hartowania charakterów. Oto szkoła dowódców. Oto ideał.
Armia, która posiada takich ludzi, szybko staje się wyborową, groźną, z którą trzeba się liczyć. Bo korpus dowódców stanowi o jej spoistości i sile.
Taki potencjał wyszkoli najlepszych zawodowców, choć oczywiście armia ta musi jeszcze dysponować w miarę nowoczesnymi środkami walki.
Podsumujmy: dobry dowódca to ten, który cieszy się zaufaniem przede wszystkim wśród żołnierzy, a w następnej kolejności u przełożonych. Niestety, utarło się jeszcze za poprzednich czasów, że uznanie u przełożonych można było zdobyć „bizantyjskim stołem”, organizacją polowań, niekoniecznie dokonaniami w polu. Teraz to się rozwija ze zdwojoną siłą.
W towarzystwie polityczno-wojskowym, przy biesiadnym stole, w kręgu dobranych, wiernych towarzyszy, rozstrzyga a raczej załatwia się swoje sprawy i … porachunki z innymi żołnierzami.
Decyzje kadrowe nie są zatem domeną dowódców, a układów towarzyskich, co samo w sobie jest kolejnym przykładem na to, że politycy zabierają dowódcom ich kompetencje.
W tych intrygach, o zgrozo, biorą udział oficerowie. Tego w armii nie było!
Stąd kryzys zaufania. Stąd, tak powszechny wśród żołnierzy, brak wiary w to, co się robi (albo robienie tego bez przekonania). To się musi zmienić!
Zmienić to musi pokolenie nowych dowódców - jeszcze wolnych od powiązań z politykami. Dowódców z autorytetem wśród żołnierzy, z własnym zdaniem opartym o wiedzę i doświadczenie. Mocno niezależnych intelektualnie, z pomysłami na armię nowoczesną na miarę wyzwań i oczekiwań. Wolnych od niezdrowej rywalizacji, do której popychani są przez różnego formatu i zabarwienia polityków, którym obce są ideały zawarte w przysiędze wojskowej.
Jestem przekonany, że tacy dowódcy mogą zawsze liczyć na swoich żołnierzy.

                                                                                        
Waldemar Skrzypczak